Człowiek ów stał przez chwilę, patrząc nań szeroko otwartymi oczyma, potem zaś puścił się pędem ulicą wioski, zmierzając ku kapłanowi, otyłemu, biało ubranemu hindusowi z czerwono-żółtymi znamionami na czole. Po chwili ukazał się przy bramie ów kapłan w otoczeniu przeszło setki ludzi, którzy patrzyli zdumieni, rozprawiali, krzyczeli i pokazywali palcami przybysza.

— Niezbyt grzecznie zachowują się owe istoty, zwane ludźmi! — mruknął do siebie Mauli — Nawet rude małpy wstydziłyby się takiego postępowania!

Odgarnął swe bujne włosy i spozierał na tłum spod oka.

— Nie macie się czego obawiać! — powiedział kapłan — Przypatrzcie się bliznom na jego rękach i nogach. To ślady ukąszeń wilków. Jest to niezawodnie tak zwany chłopak-wilk, porwany dawniej do dżungli.

Wilczęta igrające z chłopcem gryzły go często dotkliwiej niż zamierzały i miał na rękach i nogach sporo białawych szram. Ale nie nazwałby tego nigdy sam bliznami po ukąszeniach, wiedział bowiem dobrze co to ukąszenie.

— Arre! Arre! — wołało tymczasem kilka kobiet. — Biedny chłopak, pokąsany przez wilki! A jaki ładny! Oczy płoną mu niby ogień. Zaprawdę, Messuo, podobny całkiem do twego synka, którego porwał tygrys.

— Zaraz! Przyjrzę mu się! — zawołała kobieta, przybrana w ciężkie, miedziane bransolety na rękach i nogach, przysłaniając dłonią oczy.

— Prawda! — rzekła po chwili. — Trochę chudszy, ale oczy ma zupełnie podobne!

Kapłan był zręcznym człowiekiem i pamiętał, że Messua to żona najbogatszego w wiosce osadnika. Podniósł przeto na chwilę oczy w niebo, a potem powiedział z namaszczeniem:

— Dżungla oddaje to, co zabrała! Zabierz do siebie chłopca, siostro moja, a nie zapomnij o czci winnej kapłanowi, który odkrył tak głęboko ukrytą tajemnicę życia.