— Jestem teraz pasterzem wiejskim! — odrzekł — Ale mów! Co słychać z Shere Khanem?
— Był w tych stronach i długo czatował na ciebie. Poszedł, bo zabrakło mu zwierzyny, ale wróci, ponieważ cię chce zamordować.
— To dobrze! — odparł chłopiec — Dopóki będzie daleko, siadujcie zawsze na tym miejscu na zmianę z braćmi tak, bym was mógł dostrzec z wrót wioski. Gdy zaś wróci, czekajcie mnie w wąwozie, pośrodku równiny, opodal drzewa dhak. Sam nie rzucę się przecież w paszczę tygrysa.
Powiedziawszy to, położył się w cieniu i zasnął, a bawoły pasły się spokojnie wokoło niego. Pasanie trzód w Indiach znaczy tyle, co zupełne próżnowanie. Zwykle woły chodzą, jedzą, gdy zabraknie trawy udają się nieco dalej, rycząc rzadko, a tylko pomrukując chwilami. Bawoły nie odzywają się nigdy niemal, zanurzają się w bagniskach tak, że na powierzchni widać tylko łby o wielkich porcelanowych, szafirowych oczach i leżą nieruchomo jak kloce.
Promienie słońca palą, skały zdają się drżeć w gorącym powietrzu i cisza panuje zupełna. Z góry tylko dolatuje cichy pogwizd zaledwo widzialnego na wyżach wiszącego sępa. Ale pastuszkowie wiedzą dobrze, że gdyby tylko któryś z nich uległ wypadkowi lub gdyby padła jałówka, sęp zwinąłby skrzydła i runął pionowo na dół. Drugi, o kilkanaście kilometrów dalej pod niebem czuwający sęp nadleciałby niezwłocznie, wabiąc tym następnego i w ten sposób, przy ciepłych jeszcze zwłokach zebrałoby się rychło stado zgłodniałych drapieżców.
Pastuszkowie bawią się, zasypiają i budzą się ponownie, splatają koszyki z sitowia, łowią szarańcze, łapią chrabąszcze i zmuszają je do walki z sobą, robią naszyjniki z czerwonych i czarnych orzechów przeróżnych drzew, czatują na jaszczurki wygrzewające się po skałach, robią zasadzki na węże, polują na żaby po bagniskach, a przy tym śpiewają nieskończenie długie pieśni, których każda zwrotka kończy się dziwnie wibrującym refrenem. Dzień wlecze im się leniwie i trwa, zda się, dłużej, niż niejednokrotnie całe życie.
Dla urozmaicenia chłopcy wznoszą pałace z gliny, nieraz miasta całe, zapełnione figurkami z tegoż samego materiału. Są tam konie, bawoły i ludzie, niektórzy z nich dzierżą w ręku laski trzcinowe, są to kroczący na czele wojsk wodzowie, królowie lub bogowie, którym inni cześć oddają powinną.
Zapada nareszcie wieczór, chłopcy z krzykiem gromadzą bawoły, a zwierzęta wychodzą z błota, z którego wylatują bańki powietrza z głośnym trzaskiem, przypominającym grzechot strzałów. Trzody wyciągają się w długi korowód i suną poprzez omroczoną równię ku mrugającym na nieboskłonie światełkom osiedla.
Codziennie zapędzał Mauli bawoły do bagien, codziennie też widywał w niewielkiej odległości sterczące spośród sitowia uszy Brata szarego. Był to znak, że Shere Khan nie wrócił jeszcze, a chłopak, leżąc w gęstwie trawy, wsłuchiwał się w szmery życia, jakie go otaczało i dumał nad tym, czego doznał ongiś czasu pobytu pośród wilków.
Było tak cicho, tak bezgłośnie, że Mauli leżąc na ziemi o poranku na skraju puszczy, mógłby usłyszeć potknięcie się w biegu kulejącego wroga swego hen daleko, gdzieś nad brzegami Wajgungi.