Gdy jednak opowiedział o swym odkryciu, zarówno wszystkie „gołowąsy”, jak i własny ojciec wyśmiali go jednomyślnie, a jeden z rówieśników zawołał:

— Ładne nam prawisz bajki, Kotiku, ale my życie pojmujemy na serio. Walczyliśmy tu o miejsce, gdyś ty wałęsał się, nie wiadomo gdzie! Nie bądź przeto tak głupi, by sądzić, że powleczesz nas z sobą!

Słysząc te słowa, wszystkie foki wybuchnęły śmiechem, a młody zuchwalec kiwał urągliwie głową. Był on niezmiernie dumny, bo właśnie ożenił się tego lata.

— Nie miałem jak wy powodu walczyć o miejsce albowiem nie mam rodziny! — odparł Kotik — Znalazłem wam za to miejsce ogromne i bezpieczne, gdzie bić się o każdy cal ziemi nie potrzeba!

— Hm... jeśli nie uważasz za stosowne walczyć i boisz się, to trudno! — powiedział drwiąco młodzik.

— Czy pójdziesz ze mną, jeśli cię pokonam? — spytał Kotik, a oczy mu rozbłysły na myśl o walce i ogarnęła go wściekłość.

— Dobrze! — zgodził się młody żonkoś — Wygraj, a pójdę z tobą!

Nie miał czasu cofnąć tych słów, bo Kotik rzucił się nań, trzasnął weń głową, wbił kły w tłusty jego kark, a potem powlókł za sobą po wybrzeżu i cisnął w końcu półżywym o ziemię.

— Przez całych pięć lat — wrzasnął, zwracając się do innych fok — pracowałem dla waszego dobra. Odkryłem miejsce, gdzie możecie żyć bezpiecznie! Ale wiem, że dopóki nosić będziecie całe głowy na karkach, nie uwierzycie mi. Tedy muszę was przekonać własną waszą metodą! Baczność! Zaczynam!

Limerszyn napatrzył się dość corocznie staczanym walkom fok, ale, zdaniem jego, z niczym porównać się nie dał straszliwy atak, jaki Kotik przypuścił teraz do foczych legowisk. Porwał za gardło największego z pośród samców i póty gryzł, dusił i bił, aż olbrzym zaczął błagać zmiłowania. Rzucił go na bok, wziął się do drugiego, a potem do następnych.