Kotik nie odbywał, jak inne foki, kilkumiesięcznych postów letnich, zaś w długich podróżach nabrał sił niespożytych. Po wtóre była to jego pierwsza walka! Toteż grzywa stanęła mu dęba, oczy rozgorzały zielonymi blaskami, a ogromne, białe kły miotały bez przerwy ciosy. Wyglądał rzeczywiście wspaniale.
Ojciec patrzył z podziwem, a widząc, jak niby miętusy wlecze za sobą największe samce, bojowników srogich, zaś młodszymi śmiga w powietrzu, ryknął z uznaniem:
— Być może, że mu się coś marzy, ale nie ulega kwestii, że jest najdzielniejszym wojownikiem na całym wybrzeżu. Baczność, synaczku, nie kąsaj ojca własnego! Ja z tobą trzymam!
Kotik ryknął w odpowiedzi, a stary Łowca Morski ruszył naprzód, kiwając się na nogach, nastroszywszy wąsy i sapiąc jak lokomotywa. Matka i narzeczona Kotika przycupnęły z podziwu nad siłą i wspaniałością swych samców. Walka to była bohaterska, a ojciec i syn wojowali tak długo, aż każda z fok na całym wybrzeżu poczuła ich razy i wszystkie poddały się zwycięzcom. Wówczas obaj udali się na przechadzkę triumfalną, podniósłszy głowy i porykując co chwila.
Gdy noc nadeszła, a światło zorzy północnej przenikało opary mgły, Kotik wylazł na skałę, spojrzał na pobojowisko zasłane poranionymi i ociekającymi krwią przeciwnikami i zawołał:
— Dałem wam naukę!
— Przysięgam na własną grzywę — zawołał jeden z olbrzymów, z trudnością poruszając członkami — że większego zamętu nie sprawiłby nawet sam wieloryb. Dumny jestem z ciebie, młodzieńcze! A oprócz tego oświadczam, że pierwszy wyruszę z tobą na ową tajemniczą wyspę... naturalnie, o ile istnieje na świecie.
— Słuchajcie, spaśne wieprze! — zaryczał Kotik — Gadajcie mi zaraz, który z was nie chce iść do tunelu krów morskich, a sprawię mu takie lanie, że nareszcie zaświta wszystkim w głowach!
Wielki szum rozległ się po całym wybrzeżu, przypominający przypływ morza. Tysiące zalękłych głosów wołało:
— Idziemy z tobą! Idziemy z Kotikiem, białą foką, do Ziemi Obiecanej!