— Tak, na dziś mi wystarczy.
— W takim razie oddal się stąd. Rzeka jest na to, by z niej pić, a nie na to, by ją brudzić. Prócz Kulawego Tygrysa nikt nie zdobyłby się na to, by przechwalać się swym przywilejem, gdy ludzie na równi z Plemionami Dżungli cierpią biedę. Ale czyś czysty, czy nieczysty — wracaj na swe leże20, Shere Khanie!
Ostatnie słowa brzmiały jak głos srebrnych trąb. Na to hasło trzej synowie Hathiego postąpili pół kroku naprzód — zgoła bez potrzeby zresztą; w tejże bowiem chwili Shere Khan dał drapaka, nie śmiejąc choćby jednym mruknięciem wyrazić swego niezadowolenia. Wiedział dobrze — i nie on tylko jeden że ostatecznie Hathi jest przecież najwyższym dygnitarzem całej dżungli.
— O jakim to przywileju wspominał Shere Khan? — szepnął Mowgli w ucho Bagheerze. — Wszak Prawo Dżungli głosi, że zabijanie Człowieka jest zawsze czynem hańbiącym. A jednak Hathi powiada...
— Spytaj go sam o to, Mały Bracie! Ja nie potrafię ci na to odpowiedzieć. Zresztą cóż mnie obchodzą jego przywileje! Gdyby Hathi nie wdał się w tę sprawę, dałabym ja temu kulawemu rzeźnikowi tęgą nauczkę! Przychodzić do Skały Pokoju tuż po zamordowaniu Człowieka... i jeszcze przechwalać się tym zabójstwem... to zaiste postępek godny szakala! Nie mówię już o tym, że nam ten łotr zanieczyścił wodę!
Ponieważ nikt jakoś nie zwracał się wprost do Hathiego z owym pytaniem, przeto Mowgli po chwili namysłu zdobył się w końcu na odwagę i zawołał:
— Jakimże to przywilejem szczyci się Shere Khan? Powiedz nam, o Hathi!
Oba brzegi odkrzyknęły te słowa, boć wszystkie21 Plemiona Dżungli są niebywale ciekawe — a oto były świadkami czegoś takiego, czego nikt nie rozumiał... co najwyżej tylko jeden Baloo, który właśnie zamyślił się głęboko.
— Stare to dzieje — odrzekł Hathi — starsze niźli sama dżungla. Uciszyć mi się tam na brzegach, to wam opowiem!
Dziki i bawoły szturchały się jeszcze i trykały przez dłuższą chwilę, ale już się w tę sprawę wmieszali przodownicy trzód, oznajmiając kolejno: