— To Quiquern. Ciekawam, co się teraz stanie.
— On chce ze mną mówić — rzekł Kotuko, ale szpadel drżał mu w ręce przy tych słowach, bo choć to człek nieraz podaje się za przyjaciela straszliwych i nieznanych duchów, to jednak rzadko kiedy ma ochotę poprzeć czynem swoje słowa...
Quiquern jest to widziadło olbrzymiego, bezwłosego i bezzębnego psa, który — wedle wierzeń inuickich — żyje na Dalekiej Północy i wędruje po tych okolicach, gdzie ma wkrótce zdarzyć się coś niezwykłego. Mogą to być zdarzenia pomyślne lub niepomyślne — atoli nawet szamani nie lubią wspominać o Quiquernie. Jego pojawienie pobudza psy do szaleństwa. Ma on, podobnie jak widmo niedźwiedzia, kilka zapasowych par odnóży — jakoż i Istota wyczyniająca dziwne skoki wśród mgły miała więcej nóg, niż ich sobie liczy pies zwyczajny.
Kotuko i dziewczyna schronili się pośpiesznie do lepianki: ma się rozumieć, że gdyby Quiquern zechciał, mógłby na przekór wszelkim zabiegom rozszarpać ich w kawałki; bądź co bądź jednak wielką pociechę dawała im świadomość, że gruba ściana śniegowa oddziela ich od okropnej ciemni, zalewającej świat cały. Wichura rozwrzeszczała się przeraźliwym hukiem i gwizdem, niby pędzący pociąg błyskawiczny, i szalała przez trzy dni i trzy noce, nie zmieniając ani trochę swej nuty i nie słabnąc ani na chwilę. Oni przez siedemdziesiąt dwie godziny podsycali kaganek kamienny ogrzewający ich kolana, żuli ledwie że ciepłe mięso focze i przyglądali się smugom czarnego kopciu, osiadającego na stropie lepianki.
Dziewczyna przeliczała leżące na sankach zapasy, z trudem mogące wystarczyć na dwa dni, a Kotuko oglądał żelazne ostrza i z żył reniferowych sporządzone wiązadła harpuna, oszczep używany na foki oraz sidła na ptaki. Innego zajęcia nie było.
— Rychło... bardzo rychło... pójdziemy do Sedny — szepnęła dziewczyna. — Za trzy dni położymy się i pomrzemy. Czyż twoja tornaq nic nam nie poradzi? Zaśpiewaj jej jakąś pieśń szamańską, a może się tu zjawi...
Głosem przeraźliwym — na nutę najwyższą, jaką mógł z gardła wydobyć — Kotuko jął zawodzić guślarskie pieśni i zaklęcia. Nie pieśń to była raczej, ale wycie. Burza z wolna zaczęła przycichać. W połowie jego śpiewów dziewczyna zerwała się i przyłożyła urękawiczoną dłoń, następnie zaś głowę do lodowego dna lepianki. Kotuko poszedł za jej przykładem i leżeli tak na klęczkach oboje, patrząc sobie wzajemnie w oczy i nadsłuchując każdą niejako tkanką swego ciała. On odłupał cienką szczyptę fiszbinową z leżących na sankach sideł na ptaki i wyprostowawszy ją, wetknął prostopadle w małą szparkę w podłodze, przytrzymując dłonią górny koniuszek.
W ten sposób powstał przyrząd niemal tak czuły, jak igła busoli. Odtąd zamiast nadsłuchiwać, przyglądali się. Pręcik drgnął ruchem ledwie dostrzegalnym, potem chwiał się regularnie przez parę sekund, znieruchomiał na chwilę i znów zaczął drgać, tym razem już wskazując inną stronę świata.
— Jeszcze za wcześnie! — ozwał się Kotuko. — Jakaś duża płyta lodowa musiała się oderwać gdzieś opodal.
Dziewczyna wskazała na pręcik i potrząsnęła głową.