— Nadszedł czas wielkiego pękania lodów — odpowiedziała. — Przyłóż ucho do ziemi, a posłyszysz stukanie.
Tym razem, gdy przyklękli, posłyszeli dziwne, stłumione jęki i stukanie, rozlegające się jakoby tuż pod ich nogami. Odgłosy te czasem przypominały skomlenie ślepego szczeniątka, zawieszonego nad kagankiem; czasem zgrzyt głazu toczącego się po twardej skorupie lodowej; to znów przygłuszony warkot bębna — ale wszystkie brzmiały przewlekle i niewyraźnie, jak gdyby przedostawały się tu przez małą słuchawkę z wielkiej, bardzo wielkiej odległości.
— Tak jest! Pójdziemy do Sedny, ale nie na śmiertelnym łożu! — rzekł Kotuko. — To lody pękają. Oszukała nas tornaq. Zginiemy już niebawem!
Jakkolwiek cała ta rozmowa mogłaby się komuś wydać niedorzeczna, to jednak Kotukowi i dziewczynie groziło teraz istotnie poważne niebezpieczeństwo. Szalejąca od trzech dni burza przygnała z południa, od Zatoki Baffina, zawałę głębinnej wody, która wtargnąwszy daleko w głąb lądu, spiętrzyła się na krawędzi lodowego cypla, ciągnącego się w kierunku zachodnim od Wyspy Bylota. Na dobitkę, silny prąd, który przebiega na wschód od Cieśniny Lancasterskiej, przyniósł ciągnące się milami zatory kry, która nie zdążyła stężeć w jednolitą skorupę. Ta kra tłukła tysiącem ostrych taranów w ścianę lodów, którą jednocześnie miękczyły i podważały zaciekłe nurty wezbranej morskiej kipieli.
To, czemu przysłuchiwali się Kotuko i dziewczyna, było tylko słabym odgłosem walk rozgrywających się o trzydzieści lub czterdzieści mil opodal walk tak wstrząsających, że na samo ich wspomnienie drżała z trwogi mała wróżbiarska laseczka fiszbinowa.
Otóż powiadają Inuici, że gdy lód raz się przebudzi po długim śnie zimowym, niepodobna przewidzieć, co się zdarzyć może lada chwila, bo twarda masa lodowej skorupy staje się podówczas tak niestała i zmienna, jak obłoki na niebie. Snadź123 owa burza była przedwczesną burzą wiosenną i wszystkiego można się było po niej spodziewać.
Wszelakoż ci dwoje, zagrożeni niepewnymi losy, czuli się szczęśliwsi niż przódy124. Nie trapili się, że pękający lód może się rozewrzeć pod ich stopami; wiedzieli, iż byłby to dla nich kres mąk wyczekiwania. Na krach i złomach lodowych lubiły snuć się i hasać płanetniki i duszki, diablęta i jędze, więc łacno mogli zstąpić do Sedny wraz z całą hałastrą najprzeróżniejszych dziwnych istot, których sam widok napełnia człeka przerażeniem.
Gdy po burzy opuścili lepiankę, łoskot nadbiegający od krańców widnokręgu wzmagał się ustawicznie i rósł w siłę, a topniejący po wierzchu lód pojękiwał i gwarzył wszędy wokoło.
— Patrz no! On tam na nas czeka! — rzekł Kotuko.
Na szczycie wzgórka siedziała owa ośmionoga istota, którą widzieli przed trzema dniami. Siedziała — a raczej kuliła się — i wyła przeraźliwie.