— Nie! Nie! Sami tylko łowcy... Chyba co najtęższe psiska z całej gromady... Olbrzymie i mocne co się zowie!

Wymiarkować stąd można było, że dhole, czyli krwiożercze rude psy dekańskie, ruszyły na wyprawę wojenną. Nie ma takiego wilka, który by nie wiedział, że nawet tygrys nie zdzierży im w łowach. Zwierzęta te biegają zwartą kupą przez dżunglę, obalając na ziemię i rozdzierając na strzępy wszystko, cokolwiek stanie im na drodze. Co do wzrostu i przebiegłości ustępują wilkom, za to przewyższają je siłą i liczebnością. Dla przykładu dość wspomnieć, że nie uważają za stosowne zwać się gromadą, póki nie zbiorą się w sile co najmniej stu osobników, gdy natomiast czterdzieści wilków uchodzi już za pokaźną gromadę.

W wędrówkach swych Mowgli dotarł kilkakrotnie aż na granicę wyżynnych, bujną trawą porosłych stepów Dekanu, przeto napatrzył się nieulękłym psom, śpiącym, hasającym lub iskającym się w zachronie drobnych zaklęsłości gruntu oraz gęstszych kępach trawy, zastępujących im jaskinię. Żywił dla tych stworzeń nieopisaną nienawiść i wzgardę, jako że nie miały tej woni, co Wolne Plemię, nie mieszkały w norach, a co najgorsze, miały — w przeciwieństwie do niego i jego przyjaciół — długie włosie pomiędzy palcami. Wszelakoż dzięki Hathiemu wiedział dobrze, jak groźnym zjawiskiem jest gromada rudych psów urządzających łowy. Sam Hathi zwykł był od nich stronić. Póki ich kto nie wytępi do szczętu albo póki nie zabraknie im zwierzyny, nawałą niszczącą posuwają się naprzód, mordując wszystko po drodze.

Akela też wiedział coś niecoś o rudych psach, przeto odezwał się spokojnym głosem:

— Lepiej umierać w Gromadzie niż w bezhołowiu i samotności. Szczęśliwe będą to łowy, a na pewno ostatnie w mym życiu. Ale ty, Mały Braciszku, licząc wedle wieku ludzkiego, masz jeszcze przed sobą wiele dni życia. Idź na północ i wypoczywaj, a jeżeli choć jeden wilk pozostanie przy życiu po tym najeździe, na pewno otrzymasz wieść o przebiegu bitwy.

— Ho, ho! — ozwał się Mowgli, srogo naburmuszony. — Mamże zaszyć się w trzęsawisku, żywić się płotkami i sypiać na drzewie czy też udać się pod opiekę bandar-logu i żywić się orzechami, patrząc z góry na wasze boje?

— Będzie to bój śmiertelny — rzekł Akela. — Jeszcze nigdy nie spotkałeś się z krwiożerczą czeredą rudych psów... Nawet Pręgowaty...

— No, no! — odrzekł pobłażliwie Mowgli. — Wszak nie kto inny, ale ja zabiłem pręgowaną stworę... A teraz słuchajcie! Ojcem moim był wilk, matką była mi wilczyca, a pewien sędziwy, szary wilk (obecnie już osiwiały) był mi ojcem i matką. Dlatego (tu głos podniósł) powiadam wam, że jeżeli nadejdą tu dhole (o ile nadejdą), Mowgli i Wolne Plemię będą w tych łowach wspólnie nadstawiać swej skóry! Tak wam powiadam, klnąc się na tego Byka, który był okupem za mnie, na tego Byka, którego dała za mnie Bagheera w dawnym bardzo, niepamiętnym dla was czasie! Oświadczam to wszem wobec głośno, by słyszały drzewa dżungli i fale rzeczne zachowały pamięć tego ślubowania, nawet gdybym ja o nim zapomniał. Powiadam oto, że ten mój nóż będzie jakoby kłem naszej drużyny... a nie jest on bynajmniej tępy! Takie jest słowo dane wam przeze mnie!

— Oj, nie znasz tych psów, człecze mówiący wilczym językiem! — zawołał Won-tolla. — Co do mnie, to jedynie pragnę uiścić się im z krwawego długu, zanim mnie one rozedrą na sztuki. One posuwają się z wolna, mordując wszystko po drodze, ale za dwa dni odzyskam siłę i powrócę, by dług mój spłacić. Co się jednak was tyczy, obywatele Wolnego Plemienia, radzę, byście udali się na północ i zadowalali się lada kęsem jadła, póki dhole precz sobie nie pójdą. Łowy to są, łowy srogie! Nie można zmrużyć oka spokojnie!

— Słuchajcie tego przybłędy! — roześmiał się Mowgli. — Hej, Wolne Plemię! Mamyż iść na północ, żywić się jaszczurkami i szczurami wodnymi, aby przypadkiem nie spotkać dholów? Ta psiarnia będzie nam bezkarnie wytępiała zwierzynę i ogałacała łowiska, a my schowamy się tchórzliwie na północy, czekając, póki tym panom nie spodoba się oddać nam tego, co do nas prawnie należy?! Toż to psy... psie syny... rude, bezdomne sobaki-wypędki o żółtych podbrzuszach i owłosionych stopach! Przychodzą na świat po sześć, po osiem naraz, jak małe szczury-skoczki Chikai... I my, Wolne Plemię, mielibyśmy uciec pomiędzy plemiona północy i tam żebrać o resztki lada zdechłego bydlęcia! Znacież przysłowie „na północy robactwo, na północy wszy”! My to dżungla! Wybierajcież tedy, wybierajcie! Piękne to będą łowy! W imię Gromady... w imię całego Plemienia... w imię legowisk i barłogów... w imię łowów na obszarze puszczy i poza nią... w imię samic uganiających za zwierzyną oraz maleńkich szczeniąt igrających w głębi jaskiń... pójdziemy wszyscy wraz... na bój!... na bój!