— Kto nadciąga? — zagadnął go Phao; takie bowiem pytanie zadaje każdy, kto żyw w dżungli, posłyszawszy zew pheealu.
— Dhole!... Dhole!... krwiożercze rude psy dekańskie! Nadciągnęły w nasze północne strony, głosząc, że Dekan opustoszał i że zabrakło w nim zwierzyny. Gdy ten oto księżyc był jeszcze na nowiu, miałem przy sobie czworo istot najbliższych: samicę i troje małych. Ona zaprawiała dziatwę do łowów na trawiastym stepie, czając się na kozła, jak to jest w zwyczaju u nas, mieszkańców nieosłoniętej przestrzeni. O północy słyszałem, jak wyły pospołu, oznajmując126 sobie wzajem tropy. Gdy wionął chłodny dech poranku, znalazłem ich skostniałych... nieżywych... wśród murawy! A było ich czworo, o Wolne Plemię!... Czworo ich było jeszcze przy nowiu księżyca! Jąłem dochodzić praw... mego odwetu i doszedłem, iż winowajcami były dhole!
— Ileż ich było? — zapytał Mowgli, a z gardzieli wilków dobyły się groźne pomruki.
— Nie wiem... Trzy z nich już nigdy nie wybiorą się na łowy... Atoli było ich tam więcej... znacznie więcej. Toteż przegnały mnie precz jak kozła... Umknąłem na trzech nogach... Przypatrzcie się, obywatele Wolnego Plemienia... Przyjrzyjcie się, o Wilcy!
To rzekłszy, wysunął pogruchotaną łapę przednią, sczerniałą od krwi zastygłej. Wzwyż od niej biegły po całym boku zwierzęcia ślady okrutnych ukąszeń, a na podgardlu widać było jedną straszliwą ranę.
— Pożyw się — rzekł Akela, odsuwając się od mięsiwa, które mu był przyniósł Mowgli.
Przybysz rzucił się skwapliwie na to jadło.
— Nie stracicie nic na swej uczynności! — odezwał się z pokorą, zaspokoiwszy głód jako tako. — Jeno mi dodajcie nieco sił, obywatele Wolnego Plemienia, a będę polował razem z wami. Moja nora, która tętniła życiem, gdy miesiąc był na nowiu, teraz jest milcząca i pusta, a krwawy dług nie został jeszcze spłacony w zupełności!
Phao, posłyszawszy, jak gracko gość chrupie potężne gnacisko, pokiwał potakująco łbem i mruknął z uznaniem:
— No! No! Przydadzą się nam tak silne zębce i szczęki! Czy przy rudych psach były i szczenięta?