— Wątpię, by jakiś Pręgowaty ośmielił się tu polować — rzekł na koniec.
— To nie krzyk przodownika — zauważył Szary Brat. — To jakieś wielkie łowy! Słuchajcie!
Wycie ozwało się znowu, brzmiąc na przemian to łkaniem, to zjadliwym chichotem — jak gdyby paszcza szakala była tak miękka i do wszelkich dźwięków podatna jak wargi człowieka. Mowgli nabrał tchu całą piersią i popędził ku Skale Narady, zagarniając po drodze i przynaglając do biegu zaniepokojone wilki należące do stada. Phao i Akela siedzieli już razem na Skale, a poniżej usiedli w napięciu inni. Samice z młodymi gnały cwałem do jaskiń, bo gdy zabrzmiał pheeal, nie czas wtedy wałęsać się temu, co słabe i bezbronne.
Przez długi czas nie było słychać nic prócz pluskotu fal Wajngangi płynących w wieczornej pomroce oraz szelestu wiatrów pomiędzy liśćmi drzew leśnych. Naraz gdzieś poza rzeką rozległo się nawoływanie wilka. Nie był to żaden z wilków należących do drużyny, te bowiem co do jednego znajdowały się pod Skałą. Zew przeszedł w przeciągłe, rozpaczliwe ujadanie, które głosiło:
— Dhole! Dhole! Dhole! Dhole!
W chwilę potem usłyszano odgłos stóp biegnących z trudem po gołoborzu i ukazał się chudy, ociekający wodą wilczur, naznaczony na boku krwawą pręgą i utykający na prawą łapę przednią. Rzucił się w środek sejmującego koła i padł u stóp Mowgliego, ciężko dysząc i tuląc do ziemi spienioną paszczękę.
— Jakże idą łowy? Któż waszym naczelnikiem? — z powagą spytał Phao.
— Szczęśliwych łowów! Jestem Won-tolla! — brzmiała odpowiedź.
Znaczyło to, że jest Wilkiem Samotnikiem, żyjącym w ustronnej norze i mającym w pieczy jedynie siebie i swą rodzinę: miano Won-tolli oznacza jakby sobie-pana czy wywłokę, słowem, istotę żyjącą z dala od wszelkiej gromady.
Przybysz dyszał ciężko i widać było, jak mu się serce tłukło gwałtownie.