— W takim razie zgotuję im nowy ślad krwawy z własnej krwi, jeżeli mi się uda... i nakarmię ich gnojem. Czy będziesz tu na mnie czekał, Kaa, póki nie powrócę z nimi?
— Tak jest, ale co będzie, gdy one zabiją cię w dżungli albo gdy Małe Plemię zabije cię, zanim zdołasz wskoczyć w rzekę?
— O jutrzejszych łowach należy mówić jutro — odrzekł Mowgli, cytując przysłowie puszczańskie, dodał jednak niebawem: — Na odśpiewanie pieśni żałobnej będzie czas, gdy umrę. Szczęśliwych łowów, Kaa!
Uwolnił ze swych objęć szyję pytona i popłynął z wodą niby tram niesiony powodzią, kierując się w stronę wydmy u przeciwległego brzegu. Znalazłszy się na powolnym prądzie, zaczął śmiać się głośno z wielkiej uciechy. Nie było rzeczy, która by Mowgliemu, wedle jego własnego wrażenia, taką sprawiała przyjemność, jak „targanie śmierci za wąsy” i odczuwanie swego władztwa nad puszczą. Już za lat młodszych niejednokrotnie zdarzało mu się wyłupiać plastry miodu z drzewnych barci przeto wiedział, że Małe Plemię niczym się tak nie brzydzi, jak wonią dzikiego czosnku. Zebrał więc sobie pęczek tego ziela, przewiązał go łykiem, potem zaś puścił się krwawym śladem Won-tolii, w kierunku południowym od legowisk. Przebiegł tak może z pięć mil, a przez cały ten czas wpatrywał się uważnie w korony drzew, przegiąwszy w bok głowę.
— Byłem już Mowglim-żabą — mówił, śmiejąc się do rozpuku — a sam się podaję za Mowgliego-wilka. Teraz muszę być Mowglim-małpą, zanim zostanę Mowglim-kozłem. W końcu jednak będę Mowglim-człowiekiem. Ho! Ho!
To rzekłszy, przesunął palcem po osiemnastocalowej klindze swego noża.
Ślad Won-tolli, cały usiany plamami czarnej posoki131, biegł wzdłuż kniei gęstego starodrzewu, ciągnącej się zrazu zwartą ścianą w kierunku północno-wschodnim, potem zaś rzednącej stopniowo aż na odległość dwóch mil od Skał Pszczelich. Od ostatniego z tych drzew aż do zarośli ponad skałami była przestrzeń otwarta, gdzie nawet wilk nie miałby się gdzie ukryć. Mowgli biegł wytrwałym kłusem wzdłuż drzew, oceniając odległość pomiędzy gałęziami, wdrapując się czasami na ten lub ów pień i próbując skoku z drzewa na drzewo; doszedłszy w końcu do otwartej polany, jął z całą dokładnością i uwagą badać jej teren. Godzinę całą trwało to badanie, po czym Mowgli zawrócił z drogi, podjął przerwany wpierw trop Won-tolli, usadowił się na wystającej gałęzi jakie osiem stóp nad ziemią, zawiesił pęczek czosnku na bezpiecznym sęku i czas jakiś siedział spokojnie, ostrząc nóż o podeszwę stopy.
Przed samym południem, gdy słońce przypiekało tęgo, usłyszał tętent wielu stóp i poczuł odrażający cuch132 zgrai rudych psów mknących zawzięcie i nieubłaganie śladem Won-tolli. Oglądane z góry dhole wydają się co najmniej o połowę mniejsze od wilków, ale Mowgli wiedział, jak potężne są ich łapska i szczęki. Wypatrzywszy ostry pysk przodownika, węszącego ślad, ogłosił hasło łowieckie:
— Szczęśliwych łowów!
Zwierz stanął jak wryty i spojrzał w górę. Towarzysze poszli za jego przykładem. Pod drzewo przyciągnęły jedne za drugimi zastępy rudych psów o chwostach obwisłych, krępych karczyskach, chudych grzbietach i krwawych paszczękach. Dhole są z natury wielkimi mrukami i nawet w ojczystym Dekanie nie odznaczają się zbytnio wytwornością obyczajów. Poniżej Mowgliego zebrały się chyba ze dwie setki tych drapichrustów, on widział jednak, że przodownicy węszyli łapczywie ślad Won-tolli, starając się przynaglić zgraję do dalszego biegu. W ten sposób napastnicy mogliby jeszcze za dnia dotrzeć do wilczych legowisk. Nie na rękę to było Mowgliemu, przeto postanowił przetrzymać ich pod drzewem aż do zmierzchu.