— Kto wam pozwolił tu przechodzić? — huknął na nich z góry.

— Wszystkie dżungle do nas należą! — odpowiedział jeden z psów i błysnął białymi zębami.

Mowgli spojrzał z uśmiechem w dół i jął łudząco naśladować przenikliwy zgrzyt zębów, cechujący dekańskiego szczura-skoczka Chikai, przez co chciał zaznaczyć, że stawia dhole na równi z owym zwierzątkiem. Zgraja stłoczyła się koło pnia, a herszt jął ujadać zaciekle, przezywając Mowgliego małpą. W odpowiedzi na to Mowgli zsunął nogę w dół i począł wymachiwać bosą stopą tuż ponad zadartym łbem herszta. To już aż nadto wystarczyło, by do bezsilnej wściekłości pobudzić całą zgraję. Kto ma stopy owłosione nawet pomiędzy palcami, oczywiście nie lubi, by w ten sposób pokpiwano z tej jego właściwości. Przeto rudy arcypies podskoczył w górę, pragnąc dopaść stopy Mowgliego, ten jednak cofnął ją w samą porę i cienkim, słodziutkim głosem zaszydził z napastnika:

— Hej, pieski! Rude pieski! A wynocha do Dekanu! Wracajcie pożywiać się jaszczurkami na swych barłogach! Wracajcie do swych braciszków Chikai! Psy! Rude psy! Każdy palec na waszych nogach jest owłosiony!

To rzekłszy, znów zaczął zamaszyście wywijać nogą w powietrzu.

— Zejdź no natychmiast na ziemię, bo cię zamorzymy głodem na tym drzewie, ty dudku, ty bezwłosa, bezogoniasta małpo! — zawyła jak jeden pies cała gromada, skupiając się coraz ciaśniej pod drzewem.

Tego właśnie pragnął Mowgli. Położył się całą długością ciała wzdłuż gałęzi, przytuliwszy do kory policzek, i mając wolną rękę prawą, klarował przez parę minut rabusiom wszystko, co wiedział i myślał o nich, o ich zwyczajach i obyczajach, ich sukach i szczeniętach. Nie ma w całym świecie mowy tak złośliwej i kąśliwej jak gwara Plemion Dżungli, gdy chodzi o wyrażenie szyderstwa i wzgardy. Sami po namyśle przyznacie na pewno, że inaczej być nie może. Mowgli (jak słusznie przechwalał się wobec pytona) miał niejedno żądło w języku, przeto posługiwał się tą bronią niezawodnie i wymyślnie, doprowadzając dhole z wolna najpierw do dziwu i oniemienia, potem do pomruków i skowytów, następnie do wycia przeraźliwego, wreszcie zaś do całkowitego ochrypnięcia spowodowanego zaciekłym, niezmordowanym ujadaniem. Starały się wprawdzie sprostać mu ciętością wyzwisk, ale był to trud daremny; równie dobrze mogłoby się liche szczeniątko kusić o to, by iść o lepsze z rozwścieczonym wężem Kaa.

Przez cały ten czas Mowgli mocno obejmował stopami gałąź i gotów każdej chwili do czynu, przyciskał do boku pięść ręki prawej. Wielki, kasztanowaty przodownik dał kilkakrotnie susa w górę, mimo to Mowgli hamował się jeszcze w swym zamiarze nie chciał bowiem chybić ciosu. Gdy jednak w końcu napastnik, pobudzony do niepomiernej wściekłości, zdwoił wysiłki i skoczył na siedem albo osiem stóp ponad ziemię, wówczas dłoń chłopca wysunęła się nagle w dół, niby łeb drzewnego węża, i pochwyciła go — jak małego psiaka — za kudłate karczysko. Zatrzęsła się gałąź i zatrzeszczała, przygięta ciężarem, a Mowgli omal nie zsunął się na ziemię. Nie wypuścił jednak zdobyczy, ale windował z wolna na gałąź rudą bestię, oklapniętą teraz i niemrawą niczym zdechły szakal. Lewą ręką domacał się noża i jednym ciachnięciem odciął zwierzowi rudy, puszysty ogon, po czym zrzucił psa na dół z powrotem. Zamiar był w zupełności osiągnięty. Odtąd już rude psy porzuciły ślad Won-tolli: postanowiły wpierw stoczyć z Mowglim bój na śmierć i życie. Widział, jak przysiadały po kilka wraz na ziemi, trzęsąc groźnie pośladkami, co u nich było zapowiedzią krwawego odwetu. Wspiął się przeto na jeden z wyższych konarów, oparł się wygodnie plecami o pień i zasnął najspokojniej w świecie.

Po upływie trzech czy czterech godzin zbudził się, spojrzał w dół i przeliczył oczyma zgraję napastników. Byli wszyscy co do jednego — cała czereda milczących, posępnych, najeżonych drapieżców wpatrujących się weń ostrymi i lśniącymi niby stal ślepiami. Słońce chyliło się ku zachodowi. Za pół godziny Małe Plemię Skalne miało zakończyć całodzienną pracę, a wiadomo, że dhole niezbyt tęgo walczą po ciemku.

— Cóżeście się uwzięli tak warować koło mnie? — huknął, stanąwszy na gałęzi. — Nie potrzeba mi tak licznej straży, w każdym razie zachowam w pamięci waszą wierność i wytrwałość. Zaiste psiska jesteście, rude psiska... ale na mój rozum, to was tu trochę za wiele nalazło z jednego gatunku! Wszystkie jednej maści, ani którego odróżnić! Mając to na względzie, nie oddam ogona grubemu zjadaczowi jaszczurek. Cóż, nie cieszysz się z tego, stary burku?