— To prawda! — przyznał krokodyl. — Ale los pomógł mi jakoś wydostać się z opresji. Było to za moich lat młodych w pierwszym z trzech okresów głodowych (na Prawą i Lewą Odnogę Wajngangi! Jakże pełne bywały wówczas łożyska rzeczne!). Tak jest, byłem naonczas niefrasobliwym młodzikiem; któż tedy bardziej ode mnie radował się z wylewu rzeki? Byle co wystarczało mi wtedy do szczęścia. Wieś cała stała pod wodą, przeto przepłynąłem ghaut i zapuściłem się daleko w głąb lądu, na pola ryżowe, okryte warstwą miłego namułu. Przypominam sobie, żem w ów wieczór znalazł parę naramiennic, które choć szklane, nie sprawiły mi najmniejszego kłopotu. Tak, były tam szklane naramiennice, a jeżeli mnie pamięć nie zawodzi, to był tam i chodak. Powinienem był nie jeść chodaka, ale głód mi na to nie pozwolił. Z czasem nabrałem większej wprawy. Tak jest!... Ale i tak pożywiłem się i po krzepiłem nieco na siłach; atoli gdym podążył z powrotem ku rzecze, już woda opadła, tak iż musiałem brnąć w błocie przez główną ulicę wioski. Któż inny zdobyłby się na coś podobnego? Patrzę, aż tu z chat zaczynają wyłazić moi ludkowie, kapłani, baby i dzieci. Spoglądałem na nich życzliwym wzrokiem, bo nie miałem ochoty walczyć w błocie. Jeden z wioślarzy zawołał: „Hola, to Mugger z naszego brodu! Do toporów! Zaraz położymy go trupem!”. „O, nie! odpowiedział mu bramin. — Toż to bóstwo opiekuńcze wioski! Patrzcie, jak spędza fale z brzegu!” Wówczas obrzucono mnie kwiatami, a jeden z wieśniaków, wiedziony szczęśliwą myślą, wypędził mi kozła na drogę!
— O, o! Kozieł to rzecz smakowita! — oblizał się szakal.
— E, włochaty, zanadto włochaty... a gdy trafi się w wodzie, tedy na pewno ukrywa w sobie hak rozszczepiony na dwoje. Wspomnianego jednak kozła przyjąłem chętnie i zszedłem do ghaut, czyniąc wielki zaszczyt wiosce. W jakiś czas później los mi nadarzył owego wioślarza, który chciał przyciąć mój ogon siekierą. Trafiło się, że łódź jego osiadła na starej mieliźnie, której chyba już nie pamiętacie...
— Nie wszyscy jesteśmy szakalami! — zaskrzeczał Adiutant. — Czy masz na myśli tę mieliznę, na której ugrzęzły galary wiozące ładugę kamieni w roku wielkiej posuchy? Ową mieliznę, która przetrwała trzy wylewy?
— Dwie były takie mielizny: jedna w górze, a druga poniżej — napomknął Mugger.
— Ano tak!... Tylko mi to wyszło z głowy! Rozdzielała je rzeczna odnoga, która potem wyschła doszczętnie! — poprawił się Adiutant, lubiący przechwalać się dobrą pamięcią.
— Na niższej mieliźnie, moje dzieci, utknęła łódź tego człowieka, co mi tak dobrze życzył. Poczciwina właśnie sobie spał w najlepsze, gdy poczuł owo szturchnięcie... Ocknąwszy się, skoczył w wodę, głęboką do pasa... gdzie tam! — co najwyżej do kolan... by zepchnąć łódź z mielizny. Pusta łódź popłynęła z prądem i przybiła do miejsca, gdzie był wówczas zakręt. Ja puściłem się za nią w pościg, bo wiedziałem, że zejdą się ludzie, ażeby ją na brzeg wyciągnąć.
— I zeszli się w istocie? — zapytał szakal, przejęty po trosze zgrozą. Łowy tej miary zdolne były uczynić na nim wielkie wrażenie.
— Schodzili się... i tam... i jeszcze poniżej. Nie zapuszczałem się dalej... ale właśnie dzięki temu udało mi się w ciągu jednego dnia pochwycić trzech tłustych manjis (wioślarzy), przy czym zaznaczyć muszę, że z wyjątkiem ostatniego (na którym zresztą mi nie zależało) żaden z nich nawet nie krzyknął, by ostrzec towarzyszy stojących na brzegu.
— Ach, co za wspaniałe polowanie! Ale jakiejże to trzeba zręczności i przytomności umysłu! — zachwycał się szakal.