— Dobij! — szepnął Kaa widząc, że Mowgli sięga do noża.

— Nie! — odrzekł Mowgli, obnażając ostrze. — Nie będę nigdy zabijał, o ile mnie do tego głód nie zmusi. Ale przypatrz no się, mój Kaa.

Uchwycił kobrę poniżej kaptura, otwarł mu przemocą paszczę nożem i odsłonił straszliwe jadowite kły szczęki górnej. Były czarne i spróchniałe, iż ledwo trzymały się w dziąsłach. Biały Kobra, jak to bywa w starości z każdą żmiją, postradał już z dawna broń swą najskuteczniejszą: truciznę.

Thuu (spróchniały pień)! — rzekł Mowgli, po czym odsunąwszy na bok pytona, wyrwał ankus i uwolnił Białego Kobrę.

— Kto inny powinien być teraz strażnikiem królewskiego skarbu! — ozwał się z powagą. — Ty już na nic się nie zdasz, pniu spróchniały! Thuu! Pohasaj sobie, serdeńko! Thuu!

— Jes-s-stem zhańbiony! Zabij mnie! — syczał z bólu Biały Kobra.

— Nie mam ochoty cię zabijać. Szkoda o tym gadać zresztą. No, my już odchodzimy. Zabieram z sobą ten kolczasty przedmiot na dowód, żem ciebie zwalczył i wystawił na pośmiewisko.

— A zatem uważaj, żeby ta rzecz w końcu nie zabiła ciebie samego! To ś-ś-śmierć! Pamiętaj, że to ś-śśmierć! Ta rzecz sama wystarczy, by poginęli od niej wszyscy mieszkańcy mojego mias-s-sta! Niedługo będziesz się nią cieszył, leś-ś-śny człowieku, albo i ten, kto weźmie ją od ciebie! Dla niej będą się ludzie zabijali, zabijali, zabijali! Moja siła już zwiotczała i zeschła, ale ten ankus s-s-spełni za mnie s-sswą powinność! To ś-ś-śmierć! To ś-ś-śmierć! To ś-śśmierć!

Mowgli przelazł przez dziurę i znów poczołgał się wąskim korytarzem, zmierzając ku wyjściu. Rzuciwszy po raz ostatni okiem w stronę komnaty, dostrzegł jeszcze Białego Kobrę, jak uniesiony wściekłością kruszył sobie nieszkodliwe zębiska o głupowate twarze złotych bałwanków leżących na ziemi, sycząc przy tym:

— To ś-ś-śmierć! To ś-ś-śmierć!