— Aha, więc na tym ci tak zależy!
— Nie. Nie zależy mi na niczym. Teraz właśnie nie jestem wcale sobą zachwycony... i basta... Powinienem być wypędzony na cztery wiatry.
— Nie mogę tego zrobić, mój stary.... gdybym w ten sposób chciał postąpić, sam bym pewno zasłużył na podobną karę.
— W takim razie zapamiętałbym to do końca życia... i nigdy bym ci tego nie darował — odrzekł Harvey, podparłszy brodę zaciśniętymi kułakami.
— A jakże. Tak samo i ja bym postąpił. Nie wierzysz?
— Wierzę. Wina jest po mojej stronie, nie po niczyjej innej. W każdym razie już coś się zrobiło, ażeby z tym skończyć.
Pan Cheyne wyciągnął z kieszeni kamizelki cygaro, odgryzł koniuszek i zaczął je palić. Ojciec i syn byli do siebie bardzo podobni. Usta pana Cheyne osłaniał zarost — poza tym Harvey miał po ojcu orli nos, głęboko osadzone czarne oczy i wąskie, wystające kości policzkowe. Gdyby jeszcze dodać nieco nalotu barwy brunatnej, byliby wyglądali bardzo malowniczo, jak Indianie z powieści dla młodzieży.
— Odtąd, gdy ruszysz w dalszą drogę — ozwał się pan Cheyne — będę łożył na ciebie od sześciu do ośmiu tysięcy rocznie, dopóki nie dojdziesz do pełnoletności. No, a wtedy będziemy cię mogli nazwać mężczyzną. Wtedy będziesz mógł śmiało żyć na mój koszt... do wysokości czterdziestu lub pięćdziesięciu tysięcy... nie licząc tego, co dostaniesz od matki... Będziesz miał kamerdynera, własny jacht albo też piękną stajnię, ...będziesz mógł chlubić się hodowlą wierzchowców lub grywać w karty ze swoją kompanią.
— Jak Lorry Tuck? — wtrącił Harvey.
— Tak... albo jak dwaj chłopcy De Vitre’a lub syn starego M’Quade. W Kalifornii ich pełno, a oto właśnie w tej chwili, jakby na zawołanie, pojawia się taki okaz należący do wschodniej części kontynentu.