Czarny, wypolerowany jacht parowy, pyszniący się mahoniową intarsją na pokładzie, niklowanymi okuciami, tudzież rufą malowaną w białe i pąsowe pasy, pędził z szumem w głąb przystani, powiewając proporczykiem o barwach jakiegoś nowojorskiego klubu. Dwaj młodzieńcy w kostiumach, uważanych przez nich samych za marynarskie, grali w karty koło szklanego dachu jadalni, a gromadka dam osłoniętych czerwonymi i błękitnymi parasolkami przyglądała się im wśród głośnych śmiechów.
— Nie chciałbym znaleźć się na tym stateczku, choćby w najmniejszą bryzę. Taka budowa psa warta! — ozwał się Harvey krytycznie, gdy jacht zaczął zwalniać celem zahaczenia się o boję.
— Mają przepyszną rozrywkę. Mogę ci dać to samo, Harvey’u, a nawet i dwa razy więcej. I cóż ty na to powiesz?
— O rety! Przecież w ten sposób nie spuszcza się łódki na wodę! — mówił Harvey wciąż zajęty jachtem. — Jeżelibym nie umiał zarzucić cumy, lepiej byłoby mi zostać na lądzie... A cóż, gdybym tak się nie zgodził?
— Zostać na lądzie... czy też co innego?
— A na ten jacht i tę stajnię, i na utrzymanie się kosztem „starego”... i na to chowanie się do boku mamusi w razie jakiej przykrości? — odrzekł Harvey, mrugając oczyma.
— No, w takim razie zawrzyj ze mną umowę, mój synu.
— Dziesięć dolarów na miesiąc? — zagadnął Harvey, znów mrużąc oko.
— Ani centa więcej... dopóki nie zasłużysz na podwyżkę... a przez kilka lat i tego nie tkniesz.
— Wolę zacząć wcześniej, choćby od zamiatania (czy nie od tego zaczynają grube ryby?), i teraz już tknąć się czegoś niż...