— Wiem o tym... wszyscy miewamy to uczucie. Jednak sądzę, że stać nas jeszcze na najęcie zamiatacza. Sam zrobiłem ten błąd, że zacząłem zbyt wcześnie.
— Ta omyłka przyniosła ci trzydzieści milionów... nieprawdaż? Nie zawahałbym się tak ryzykować.
— Trochę straciłem, trochę zyskałem. Zaraz ci opowiem.
Pan Cheyne, skubiąc brodę, uśmiechnięty zapatrzył się w toń, po czym jął coś mówić, jakby nie zwracając uwagi na Harvey’a, który zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że oto ojciec opowiada mu dzieje swojego żywota. Opowiadanie to, wygłaszane cichym, spokojnym głosem, nieożywione żadnym gestem ani wyrazem twarzy, miało ciekawą treść, za którą kilkanaście pierwszorzędnych pism z radością zapłaciłoby znaczniejszą sumę dolarów... Były to dzieje Nowego Zachodu, które dotąd jeszcze czekają swego dziejopisa.
Opowieść zaczynała się od przygód małego sieroty zostawionego na łasce losu w Teksasie; w ciągu dalszym snuła się fantastycznym torem przez mnóstwo różnych przemian i perypetii, przy czym za scenerię służyły jej kolejno różne stany i terytoria Ameryki Północnej; od miast, które powstawały nagle w ciągu miesiąca i ginęły doszczętnie po upływie kwartału, aż do dzikich obozowisk, które obecnie są pracowicie brukowanymi miasteczkami. Obejmowała budowę trzech linii kolei żelaznych i umyślne zniszczenie czwartej. Wspominała o parowcach, osiedlach, lasach i rudnikach tudzież o ludziach wszelakiej narodowości, którzy je obsługiwali, wznosili, wyrąbywali lub wykopywali. Napomykała o zasobach olbrzymiego bogactwa przewalających się przed oczyma, które ich nie potrafiły dostrzec, albo też utraconych przez zwykły przypadek. A w całym tym opętanym wirze zdarzeń posuwał się — tu i ówdzie — czasami konno, częściej pieszo — niekiedy okrętem lub pociągiem — to bogacz, to nędzarz — to poborca, to restaurator, to dziennikarz, to maszynista, dobosz, agent, polityk, głodomór, szynkarz, właściciel kopalni, handlowiec, hodowca bydła lub włóczykij — pan Harvey Cheyne senior we własnej osobie, sprawny i spokojny poszukiwacz własnych celów oraz (jak się sam wyraził) chluba i podpora swego kraju.
Opowiadał mu o wierze w swą dobrą gwiazdę, która go nigdy nie opuszczała, nawet gdy znajdował się nad urwistym brzegiem rozpaczy — wierze pochodzącej ze znajomości ludzi i spraw ludzkich. Rozwodził się, jakby mówiąc z samym sobą, nad swoją niezwykłą odwagą i pomysłowością we wszelkich tarapatach. Było to w jego umyśle tak oczywiste, że wspominając o niej, nawet nie zmieniał głosu. Opisywał wypadki, w których bądź swoich wrogów wywiódł w pole, bądź też przebaczał im wspaniałomyślnie, zależnie od tego, czy oni sami wpierw zwodzili go, czy byli wyrozumiali w owe niefrasobliwe dni. Zwierzał się, jak zjednywał sobie, głaskał pochlebstwem lub nękał trwogą przeróżne miasta, spółki i syndykaty; jak przedzierał się wokół, w poprzek lub poniżej górskich wyżyn i czeluści, wlokąc za sobą — to prosto jak sznur, to znów jakby żelazną obręczą — tory żelaznej kolei, i jak w końcu siedział cicho niczym trusia, gdy wszelakie tałałajstwo różnych grup społecznych darło na strzępy resztki jego dobrej sławy...
Harvey z zapartym tchem słuchał tej opowieści, przechyliwszy z lekka na bok głowę i utkwiwszy oczy w twarzy ojca, na którą w zgęstniałym zmierzchu wieczornym rzucało czerwony blask palące się cygaro, oświecając poryte bruzdami policzki i ociężałe powieki, Zdawało mu się, że przygląda się lokomotywie pędzącej w mroku przez rozległą krainę i znaczącej każdą milę czerwonym błyskiem rozwartych drzwiczek pieca; jednakże ta lokomotywa umiała mówić ludzkim głosem, a jej słowa wstrząsały i poruszały do głębi duszę chłopca. Na koniec pan Cheyne odrzucił niedopałek cygara — i siedzieli obaj w ciemności ponad mlaszczącą wodą.
— Nie opowiadałem tego jeszcze nigdy nikomu — dorzucił pan Cheyne.
Harvey odetchnął.
— Toż to chyba najwspanialsza rzecz, jaką świat oglądał! — odezwał się.