— Oto jest to, co zdobyłem. A teraz przechodzę do tego, czego jeszcze nie zdobyłem. Może tego nie pojmiesz, ale powiem ci szczerze, że nie chciałbym, ażebyś dopiero w wieku tak późnym zaczął zdawać sobie z tego sprawę. Prawda, że umiem kierować ludźmi, i zdaje mi się, że mam głowę na karku, jednakże... jednakże... nie mogę iść w zawody z ludźmi, którzy pobierali naukę! Ja zgarniałem tylko to, co mi się nawinęło po drodze, i zdaje się, że to wszystko ze mnie wyłazi.

— Nigdy tego nie zauważyłem — żachnął się syn.

— Jeszcze zauważysz, mój Harvey’u. Jeszcze zauważysz... gdy skończysz wyższą szkołę. Alboż ja tego nie wiem? Alboż ja nie znam tego wyrazu na twarzach, mówiącego, iż uważają mnie za... za „groszoroba”, jak oni tutaj to określają? Mogę ich pokruszyć na miazgę... tak... lecz nie mogę zajść ich tak, by im dopiec do żywego. Nie mogę powiedzieć, jakoby oni bardzo, bardzo mnie wyprzedzali, jednakże czuję, iż sam jestem bardzo, bardzo w tyle. Teraz ty znalazłeś się w szczęśliwym położeniu... znalazłeś sposobność pokazania, kim jesteś. Możesz chłonąć w siebie wszelką wiedzę, jaka jest wokoło, i będziesz żył z ludźmi, którzy robią to samo. Oni to będą czynić najwyżej dla kilku tysięcy rocznie; ty zaś pamiętaj, że czynisz to dla milionów. Nauczysz się na tyle prawa, by mieć pieczę nad swym własnym mieniem, gdy mnie już nie będzie na tym świecie i gdy będziesz musiał być solidny w stosunku do najwybitniejszych ludzi (z czasem mogą ci się przydać); nade wszystko zaś powinieneś uporać się ze zwykłą, pospolitą wiedzą książkową. Nic tak nie popłaca w naszym kraju jak ona, Harvey’u, i to z każdym rokiem więcej... zarówno w polityce jak w interesach. Przekonasz się o tym...

— Nie bardzo mi się uśmiecha taki obrót sprawy — odparł Harvey. — Cztery lata w uczelni! Wolałbym już wybrać jacht i kamerdynera!

— O nie, mój synu! — uparł się pan Cheyne. — Lokujesz swój kapitał tam, gdzie on przyniesie najlepsze zyski, a przypuszczam, że swego mienia nie znajdziesz uszczuplonym, gdy będziesz już gotów do jego objęcia. Rozważ to dobrze i jutro daj mi odpowiedź. Śpieszmy się! Spóźniliśmy się na kolację!

Ponieważ była to rozmowa o interesach, przeto Harvey nie miał potrzeby zwierzać się matce; pan Cheyne oczywiście podzielał to zapatrywanie. Jednakże pani Cheyne widziała, co się święci, i była tym zaniepokojona, a po trosze i zazdrosna. Oto jej synek teraz znikał bez śladu, a na jego miejscu królował młodzian o dziarskiej twarzy, niezwykle małomówny, który jeżeli się kiedy odezwał, to po większej części tylko do ojca. Rozumiała, że tu wchodzą w grę interesy, a tym samym rzecz wykraczająca poza jej wiedzę. Jeżeli miała jakiekolwiek wątpliwości, to rozwiały się one, gdy pan Cheyne udał się do Bostonu i przywiózł jej stamtąd nowy pierścionek z brylantem.

— Cóżeście tam robili we dwójkę — zapytała z lekkim uśmiechem, obracając w świetle prezent.

— Rozmawialiśmy... tylko rozmawiali, mamusiu! Harvey’owi nic złego nie grozi.

Istotnie nie groziło. Chłopak zawarł umowę na własne swoje konto. Wyjaśnił z powagą, że koleje interesowały go równie mało jak tartaki, posiadłości ziemskie lub kopalnie. Do jednej rzeczy tęsknił w tej chwili, a mianowicie do tego, by mu powierzono kontrolę nad nowo nabytymi ojcowskimi żaglowcami. Jeżeli uzyskanie tego może być mu przyrzeczone w ciągu czasu, jaki, jego zdaniem, byłby uzasadniony i stosowny, on ze swej strony gwarantował pilność i trzeźwość rozsądku w ciągu czterech lub pięciu lat spędzonych w wyższej uczelni. W czasie wakacji miano mu pozwalać na całkowity dostęp do wszystkich szczegółów mających związek z linią okrętową (co do której zadał ojcu nie mniej jak 2000 pytań) — począwszy od najtajniejszych papierów ojcowskich, przechowywanych w głębi szafy, a skończywszy na holowniku w zatoce San Francisco.

— To już wiele — rzekł pan Cheyne w końcu. — Przed ukończeniem wyższej uczelni pewno jeszcze ze dwadzieścia razy odmienisz swój zamiar; lecz jeżeli utrzymasz go i jeżeli nie zaniechasz go przed dwudziestym trzecim rokiem życia, ja ci ułatwię całą tę sprawę. Cóż ty na to, Harvey’u?