Twarz Diska rozpogodziła się. Całą swą zdolność i całą ambicję opierał na długości kursu, który go cichcem oddalił od reszty flotylli — a stary rybak zażywał rozgłosu jako mistrz nie lada, znający na wylot, choćby z zamkniętymi oczyma, wszystkie Rewy.
— Będzie z jakie sześćdziesiąt... o ile potrafię jako tako sądzić — odpowiedział, rzuciwszy okiem na kompas.
— Sześćdziesiąt — zawołał przeciągle Tom Platt, wciągając zwoje namokłej liny.
Szoner szarpnął się i ruszył w dalszą drogę.
— Rzucaj! — przemówił Disko po upływie kwadransa.
— Na ile oceniasz głębokość? — szepnął Dan i spojrzał z ciekawością na Harvey’a. Jednak Harvey był zbyt dumny z tego co robił, by słowa te mogły uczynić na nim wrażenie.
— Pięćdziesiąt! — ozwał się ojciec. — Wydaje mi się, że jesteśmy akurat poza wrębem Zielonej Rewy, na starej głębi 50–60.
— Pięćdziesiąt! — huknął Tom Platt ledwo widzialny we mgle. — Dostaliśmy się w pyszne miejsce... jest ich tu tyle, co muszli koło Fort Macon.
— Nakładaj przynętę, Harve — rzekł Dan, skoczywszy po linę na szpuli.
Szoner na pozór wałęsał się bezplanowo i na oślep wśród doki. Fokżagiel łomotał zawzięcie. Starszyzna wyczekująco przyglądała się chłopcom, którzy przystąpili do połowu.