— Heja! — linki Dana zachrobotały na pokarbowanej i połupanej klamburcie. — Skądże, u pierona, tata tak dobrze wiedział? Chodź no tu, Harve, z pomocą. To jakaś wielka sztuka. I to jeszcze nadziana na hak!
Jęli ciągnąć razem i wywlekli krągłookiego, dwudziestofuntowego dorsza, któremu przynęta uwięzła aż w brzuchu.
— Ależ on cały jest pokryty małymi krabami — krzyknął Harvey, przewracając go na grzbiet.
— Disko, ty widocznie masz pod kilem drugą parę oczu — ozwał się Długi Dżek.
Z pluskiem spadła kotwica i wszyscy pozarzucali linki w morze, zająwszy wyznaczone sobie miejsca przy burcie.
— Czy to dobre do jedzenia? — sapnął Harvey, wyciągnąwszy również dorsza obwieszonego krabami.
— A pewnie! Gdy są „zawszawione”, to znak, że szły tysięczną gromadą, a gdy biorą przynętę jak teraz, to muszą być głodne. Przynęta może być byle jaka... będą kąsały i sam hak.
— Patrzcie no, jaka wielka! — zawołał Harvey, wyciągnąwszy trzepocącą się rybę o szeroko rozdziawionej paszczy, prawie całkowicie „nadzianą na hak”, jak wyraził się Dan. — Czemu nie możemy zawsze łowić ryb wprost z okrętu, zamiast wypływać na połów łodziami?
— Możemy je łowić z okrętu, dopóki nie rozpocznie się patroszenie... potem to wyrzucanie łbów i wnętrzności płoszy nam ryby. W każdym razie połów z okrętu bywa uważany za niezbyt korzystny, chyba że się ktoś na nim zna tak jak tata. Zdaje się, że dzisiaj nocą opuścimy nasze łowisko. Ale prawda, że od takiego łowienia bardziej plecy bolą, niż tam na łódce?
Prawdę powiedziawszy, to od tej roboty nie tylko bolało, ale i łamało w plecach. Gdy połów odbywa się z łodzi, woda aż do ostatniej niemal chwili ujmuje ciężaru rybie, a zdobycz znajduje się niejako, tuż pod ręką; rzeczą natomiast niesłychanie żmudną jest wyciąganie zdobyczy po opławie szonera, wysokiej na stóp parę, a przeginanie się przez burtę wywołuje dotkliwe kurcze żołądka. Jednakowoż, póki trwały łowy, prowadzono je z całą zaciekłością i rozpędem, a gdy na koniec ryby przestały brać, już spora ich kupa leżała na pokładzie.