— Dziś w nocy nie warto wyciągać troli — mówił Tom Platt z głuchą rozpaczą. — On tu przylazł po to, żeby nas przekląć. Oddałbym cały mój part i całą płacę, ażeby go zobaczyć za śladem starego Ohio, zanim uporamy się z połowem.

Nagle rozległ się krzyk kucharza:

— Otóż i ściągnął na siebie śmierć tym gadaniem! On już stracony... stracony! Mówię wam! Patrzcie tylko.

Statek Abizaja wjechał w pręgę światła słonecznego odbijającego się na wodzie, w odległości trzech do czterech mil. Pręga właśnie ciemniała i przygasała, a jednocześnie ze znikaniem blasku znikał i okręt... Wreszcie zapadł w głębię i już go nie było widać.

— Zatonął koło cypla Wielkiego Haku! — wrzasnął Disko wybiegając na rufę. — Czy trzeźwych czy pijanych, powinniśmy ich ratować! Podnosić kotwicę i śpieszyć im z pomocą! Co żywo!

W chwilę potem, gdy rozpięto kliwer i fokżagiel, nagły wstrząs przewrócił Harvey’a na deski pokładu; oto bowiem zwinięto pośpiesznie kabel i dla oszczędzenia czasu wyszarpnięto kotwicę niejako żywcem z dna morskiego, wciągając ją na pokład już podczas biegu okrętu. Sposób taki rzadko bywa stosowany — jedynie gdy chodzi o śmierć i życie — a mały We’re Here współczuł całą duszą każdemu ludzkiemu nieszczęściu. Pędem dopłynęli na miejsce, gdzie przed chwilą zniknął statek Abizaja; znaleziono parę niecek z wędami, pustą butelkę, dziurawe czółno i nic więcej.

— Zostawcie to wszystko — rzekł Disko, mimo że nikt nawet nie zdradzał ochoty, by wyciągać z wody te przedmioty. — Nie chcę mieć ani jednej rzeczy, która należała do Abizaja. Zdaje się, że okręt poszedł wprost na dno. Pewno już od tygodnia przeciekał i woda się lała wszystkimi szparami, a nikt nie pomyślał o tym, by ją wypompować. Nie pierwszy to okręt, który zginął z powodu niedbalstwa załogi.

— Chwała Bogu! — rzekł Długi Dżek. — Gdyby znajdowali się na powierzchni wody, musielibyśmy im pomagać.

— To samo i ja myślałem — odezwał się Tom Platt.

— Stracony! Stracony! — mówił kucharz wodząc wkoło oczyma. — I zabrał z sobą swoje szczęście!