— Podziałało. W każdym razie spuszczajcie czółno na wodę — ozwał się Tom Platt. — Nie mamci ja wprawdzie świadectwa z francuskiego, ale znam inną gwarę, która, jak mi się zdaje, zrobi swoje. Chodź no, Harvey’u, i tłumacz im.

Niepodobna opisać szczęku i rwetesu, jaki powstał, gdy Tom Platt i Harvey zostali wciągnięci na czarną burtę francuskiego statku. Kajuta główna była wokoło oblepiona jaskrawymi drukami przedstawiającymi Matkę Boską — którą tu zwano Najświętszą Panienką z Nowej Fundlandii. Harvey przekonał się, że jego francuszczyzna nie miała akcentu właściwego Ławicom, a cała rozmowa musiała z jego strony ograniczyć się do uśmiechów i kiwania głową. Natomiast Tom Platt wymachiwał żwawo ramionami i dawał sobie wspaniale radę. Kapitan poczęstował go łykiem jakiejś niemożliwej gorzałki, a operowo-komiczna, zarośnięta załoga w czerwonych czapkach i z długimi nożami powitała go jak swojego, po czym rozpoczął się targ. Tamci mieli w bród tytoniu i to amerykańskiego, za który nigdy nie płacono cła Francji; w zamian żądali czekolady i sucharów. Harvey odpłynął z powrotem, ażeby porozumieć się z kucharzem i Diskiem, którzy mieli pieczę nad zapasami żywności; gdy powrócił, rozpoczęło się koło steru francuskiej nawy przeliczanie puszek kakao i worków z sucharami. Wyglądało to na korsarski podział łupów; w każdym razie Tom Platt odjechał przewiązany pękiem czarnego pig-tailu i opchany paczkami tytoniu do palenia i żucia.

Francuscy marynarze popłynęli znów hen we mgły, a na koniec Harvey jeszcze posłyszał śpiewaną chórem jakąś francuską piosenkę.

— Czemu to przypisać, że moja francuszczyzna nic nie wskórała, a twoja rozmowa na migi osiągnęła skutek? — zapytał Harvey, gdy wymieniony towar został rozdzielony pomiędzy załogę We’re Here.

— Rozmowa na migi! — roześmiał się Platt opryskliwie. — Juści, była to rozmowa na migi, ale o wiele starsza od twojej francuszczyzny, Harve. Przecież okręty francuskie są pełne farmazonów... w tym leży przyczyna... — odrzekł były marynarz floty wojennej, nabijając sobie fajkę, a Harvey musiał zgłębić jeszcze jedną tajemnicę głębin morskich.

Rozdział VI

Co najbardziej uderzało Harvey’a, to wielka nieuwaga i niefrasobliwość, z jaką niektóre statki snuły się po rozległych przestworach Atlantyku. Okręty rybackie, jak mówił Dan, były ponoć całkiem zwyczajną rzeczy koleją zależne od uprzejmości i umiejętności swych sąsiadów, jednakże od parowców należałoby oczekiwać czegoś więcej. Refleksje te zrodziły się w nim po następnym ciekawym spotkaniu — a mianowicie, gdy przez trzy mile ścigał ich jakiś ogromny, stary, niezdarnie wlokący się okręt, jakich używają do przewozu bydła, naładowany aż po sam pokład górny, z którego cuchnęło jak z tysiąca chlewów. Jakiś oficer, nader podniecony, krzyknął na nich przez tubę, sam zaś statek stanął i bezradnie gibał się po falach. Disko skierował We’re Here pod lejową stronę przybysza i oświadczył szyprowi, co o nim myśli:

— Chodzi wam o to, gdzie się znajdujecie? ...hę? Nie jesteście nic warci! Ej, wy włóczykije, folwarczne wywłoki! Wałęsacie się po wielkim morzu, nie bacząc całkiem na sąsiadów... a ślepia trzymacie w filiżankach z kawą, zamiast w swych durnych łepetynach!

Na to szyper zerwał się jak oparzony, stanął na mostku kapitańskim i odciął się też jakąś uwagą dotyczącą oczu samego Diska.

— Przez trzy dni nie mieliśmy żadnych informacji. Czy przypuszczasz, że możemy płynąć na oślep? — rozwrzeszczał się.