Disko przez trzy lub cztery następne dni niemiłosiernie pędził wszystkich do roboty. Kiedy nie mogli pływać na morze, kierował ich do szafarni, gdzie musieli nieco ciaśniej układać okrętowe zapasy celem zrobienia miejsca na ryby. Zwarta masa pakunków ciągnęła się od przegrody kajutowej aż do drzwi za piecem na galardzie. Disko pokazywał im, jak wielką jest sztuką układać ładunek w ten sposób, żeby okrętowi zapewnić jak największą zwinność. Cała załoga krzątała się więc żwawo i wnet odzyskano dobre humory. Harvey brał nieraz cięgi od Długiego Dżeka za to, że (jak powiadał Galwajczyk) „frasował się niby chory kocur, tym, na co nie było rady”. W tych posępnych dniach nieraz zamyślał się o tym lub owym, a potem zwierzał się Danowi ze swych myśli. Dan zgadzał się z nim w poglądach — nawet gdy chodziło o to, by prosić o pierożki, zamiast je „zahaczać”.

W tydzień później obaj chłopcy o mało co nie przewrócili Hattie S. szamocąc się z rekinem, którego usiłowali zakłuć starym bagnetem przywiązanym do kija. Złowrogi potwór ocierał się o czółno, natarczywie dopominając się o mniejsze ryby. Cud zaiste, że wszyscy wyszli cało z tej utarczki.

W końcu, po długiej zabawie w ciuciubabkę pośród doki, nadszedł dzień, w którym Disko krzyknął w stronę galardy:

— Raźniej, chłopcy! Jesteśmy w mieście!

Rozdział VIII

Do końca życia Harvey nigdy nie zdoła zapomnieć widoku, jaki wówczas ukazał się jego oczom. Słońce właśnie wynurzało się zza horyzontu, którego nie widziano niemal od tygodnia, a jego czerwonawy blask uderzył w białe żagle szonerów stojących na kotwicy i ustawionych w trzy flotylle: jedna obrócona była ku północy, druga na zachód, trzecia na południe. Było tam chyba ze sto statków najróżnorodniejszej budowy i kształtu, licząc widniejący w oddali okręt francuski o prostokątnych żaglach. Wszystkie kłaniały się sobie nawzajem, dygając jak panienki. Z każdego batu wypadały i mknęły w dal czółna rybackie niby pszczółki z rojnego ula. Gwar głosów, chrobot lin i wielokrążków, plusk wioseł — roznosiły się hen milami po rozkołysanej wodzie. W miarę jak słońce pięło się w górę, żagle grały i mieniły się barwami, przechodząc z czarnej stopniowo w perłowo-szarą, a na koniec w białą; na południu — zza mgieł — wyłaniało się coraz więcej statków.

Łodzie rybackie skupiały się w gromadki, odłączały jedne od drugich, zmieniały kształt i ustawienie — i znów skądś nadpływały, zmierzając wszystkie ku jednemu celowi. Ludzie nawoływali się, pogwizdywali, śpiewali lub wydzierali się piskliwie wniebogłosy, a woda wokoło usiana była mnóstwem odpadków wyrzuconych z pokładów okrętowych.

— To miasto! — zawołał Harvey. — Tak jest, Disko miał rację. To miasto!

— Widywałem i mniejsze mieściny — ozwał się Disko. — Tutaj mieszka może z tysiąc ludzi... Dalej zaś, z tamtej strony, jest Wirginia.

Wskazał na pustą przestrzeń zielonawej toni, gdzie nie było widać czółen rybackich.