Bennett spoglądał nań z wyniosłą obojętnością, charakterystyczną dla religii, która dziewięć dziesiątych całego świata nazywa w czambuł „poganami”.
— A jaki był koniec poszukiwań? Jaki dar przyniósł ci Ryży Byk? — zwrócił się lama do Kima.
— On się pyta: „co chcecie czynić?”.
Bennett niespokojnie wpatrywał się w ojca Wiktora, a Kim przyjął na siebie we własnym interesie obowiązki tłumacza.
— Nie wiem, co ma ten fakir do tego chłopca, który jest zapewne ofiarą jego oszustwa albo jego wspólnikiem — zaczął Bennett. — Nie możemy pozwolić, by chłopak, Anglik z rodu... przypuściwszy, że jest on synem masona, to im prędzej odda się go do ochronki masońskiej, tym lepiej dla niego.
— Aha, tak się zdaje panu jako sekretarzowi loży pułkowej! — ozwał się ojciec Wiktor. — Ale przecie może powiemy temu staruchowi, co zamierzamy uczynić. On nie wygląda na prostaka.
— Wiem z doświadczenia, że nigdy nie podobna zgłębić umysłu wschodniego. A teraz, Kimballu, chciałbym, żebyś powtórzył temu człowiekowi słowo w słowo, co ci powiem.
Kim zebrał w pamięci treść kilku następujących potem zdań i zaczął tymi słowy:
— O święty, ten tyczkowaty dureń, co podobny jest do wielbłąda, gada, że jestem synem sahiba.
— Skądże znowu?