— O tak, to prawda. Ja o tym wiedziałem od urodzenia, on zaś zdołał się o tym przekonać dopiero wtedy, gdy przeczytał amulet z mej szyi i wszystkie moje papiery. On myśli, że kto raz jest sahibem, jest nim zawsze, obaj zaś pomiędzy sobą uradzili, żeby mnie zatrzymać w pułku lub posłać do madrissah (szkoły). To już raz się zdarzyło i zawsze tego się wystrzegałem. Ten tłusty patałach plecie jedno, a ten wielbłądowaty zasię co innego. Ale nie ma się o co dąsać! Spędzę tu jedną noc, a może i następną. I to się zdarzało dawniej. Ale potem ucieknę i powrócę do ciebie.
— Ale powiedz im, że jesteś moim chelą. Opowiedz im, jak przyszedłeś do mnie, gdy byłem słaby i zbłąkany. Opowiedz im o naszych poszukiwaniach, a oni z pewnością wypuszczą cię natychmiast.
— Jużem to im opowiedział. Oni się śmieją i wspominają o policji.
— Co tam mówicie? — zapytał pastor Bennett.
— O-wa! On tylko powiada, że jeżeli mnie nie puścicie, będzie to przeszkodą w jego zajęciach... w jego sprawie prywatnej, niecierpiącej zwłoki.
To podkreślenie było naśladowaniem rozmowy z pewnym Eurazjatą88, pisarzem w wydziale kanalizacji, ale wywołało to tylko uśmiech, co dotknęło go do żywego.
— A gdybyście wiedzieli, jakie jest jego zatrudnienie, nie staralibyście się w sposób tak nieludzki temu przeszkodzić.
— Więc cóż to takiego? — rzekł ojciec Wiktor nie bez wyrozumiałości, przyglądając się obliczu lamy.
— W tym kraju jest rzeka, którą on strasznie życzy sobie znaleźć. Została ona wydobyta przez strzałę, która... — (Tu Kim niecierpliwie postukiwał nogą, przekładając sobie w myśli język krajowy na kulawą angielszczyznę). — Eech! zrobił ją pan nasz... no wiecie, Budda... a jeżeli się wykąpiecie w niej, to będziecie obmyci z wszystkich grzechów i staniecie się biali jak bawełna... — (Kim swojego czasu przysłuchiwał się pogadankom misyjnym). — Jestem jego uczniem i musimy znaleźć tę rzekę. Jest to dla nas rzecz strasznie ważna.
— Powtórz to raz jeszcze! — ozwał się Bennett. Kim usłuchał rozkazu, nie szczędząc upiększeń.