— Na dzień, noc i jeszcze jeden dzień! — wymawiał się Kim.

— Nie, nic z tego! — ozwał się ojciec Wiktor, widząc, że Kim boczkuje ku drzwiom, i nogą zagrodził chłopcu drogę.

— Nie rozumiem obyczajów białych ludzi. Kapłan wizerunków w lahorskim Domu Cudów był grzeczniejszy od tego chudzielca. Zabiorą mi tego chłopca. Chcąż zrobić sahiba z mego ucznia? Biadaż mi, jakże odnajdę swoją rzekę? Czyż oni nie mają uczniów? Zapytaj ich.

— On mówi, że bardzo jest tym strapiony, iż nie zdoła już wcale znaleźć swej rzeki. Pyta, czy nie macie własnych uczniów, że uwzięliście się jego właśnie nękać? On chce być obmyty z grzechów.

Ani Bennett, ani ojciec Wiktor nie zdobyli się na natychmiastową odpowiedź. Kim, przerażony bezsilnością starca, ozwał się po angielsku:

— Myślę, że jeżeli puścicie mnie na wolność, odejdziemy sobie spokojnie i nie ukradniemy niczego. Będziemy szukali owej rzeki, jak przed moim pojmaniem. Wolałbym tu wcale nie przychodzić po to, by znajdować Czerwonego Byka i inne bzdurstwa! Całkiem mi to niepotrzebne!

— Jest to najlepszy zarobek, jaki kiedykolwiek sobie zdobyłeś, młokosie! — rzekł Bennett.

— Miły Boże, nie wiem, jak pocieszyć tego biedaka — ozwał się ojciec Wiktor, wpatrując się uporczywie w lamę. — Nie można pozwolić, by wziął z sobą chłopaka, a przecie to człek dobry... mam pewność, że to człek dobry. Mości Bennecie, jeżeli dasz mu pan tę rupię, to on cię przeklnie z całym pokoleniem!

Przez trzy... przez całe pięć minut... przysłuchiwali się wzajemnie swym oddechom. Potem lama podniósł głowę i spojrzał kędyś poza nich — w pustkę i przestrzeń.

— I ja jestem pątnikiem Drogi Żywota — przemówił z goryczą. — Mój jest grzech i moja też kara. Wmówiłem w siebie... tak, teraz zdaję sobie sprawę z tego, że było to jeno urojenie... żeś był zesłan, by pomagać mi w poszukiwaniach. Przeto serce moje przylgnęło do cię za twoją dobroć, uprzejmość i wielką nad wiek twój roztropność. Ale ci, którzy idą Drogą Żywota, nie powinni dopuszczać do siebie ognia pożądliwości ani przywiązania, boć to wszystko jest złudą. Jak powiada... — tu przytoczył stary, niezmiernie stary tekst chiński, poparł go drugim, a wzmocnił jeszcze trzecim. — Zboczyłem z drogi, mój chelo. Nie poszło to z mej winy. Radowałem się widokiem życia i nowych ludzi spotykanych po drodze oraz twoją uciechą z oglądania tego wszystkiego. Byłem zadowolony wespół z tobą, ja, com winien był myśleć o swych poszukiwaniach i o niczym ponadto. Teraz jestem pełen smutku, bo zabierają mi ciebie, a rzeka moja jest daleko ode mnie. Otom złamał zakon!