Po czym zadał ojcu Wiktorowi parę pytań po angielsku, tłumacząc odpowiedzi lamie. Brzmiało to tak:
— On powiada: „Bierzecie go ode mnie i nie umiecie powiedzieć, na co go wykierujecie”. On powiada: „Powiedz mi, zanim odejdę, bo rzecz to niemałej wagi wychować dziecko”.
— Poślemy cię do szkoły. Co potem, zobaczymy. Kimballu, przypuszczam, że chciałbyś być żołnierzem?
— Gorah-log (białe pospólstwo)! Nie-e! Nie-e! — Kim gwałtownie potrząsnął głową. Karność i posłuch zgoła nie przemawiały mu do przekonania. — Nie chcę być żołnierzem!
— Będziesz tym, czym ci być każą — odezwał się Bennett — i powinieneś być wdzięczny, że chcemy ci dopomóc.
Kim uśmiechnął się z politowaniem. Jeżeli ci ludzie łudzą się, że on będzie robił coś, co mu się nie podoba — tym więc lepiej dla niego.
Zapanowała znów dłuższa cisza. Bennett wiercił się z niecierpliwości i radził zawezwać wartę, by na zbity łeb wyrzuciła fakira.
— Czy u sahibów uczą darmo, czy za zapłatą? Zapytaj ich — ozwał się lama, a Kim to przetłumaczył.
— Mówią, że nauczycielowi się płaci... ale pieniądze na to łożyć będzie pułk... Ale na cóż tyle zachodów? To tylko na jedną noc.
— A... czy im więcej się płaci, tym lepszą pobiera się naukę? — lama puścił mimo uszu plany Kima co do rychłej ucieczki. — Nic w tym złego, że się płaci za naukę; zawszeć to zasługa, jeżeli nieukowi dopomaga się w zdobywaniu wiedzy.