— On się natknie na wartowników! — zawołał, zrywając się z miejsca, ojciec Wiktor, ledwie lama wysunął się z namiotu. — Ale nie mogę opuścić chłopaka.

Kim poruszył się żywo, by iść za nim, ale się pohamował. Na dworze nie było słychać żadnych nawoływań. Lama zniknął.

Kim usiadł spokojnie na wyrku kapelana. Bądź co bądź lama obiecał, że zostanie przy Radżputance z Kulu, a reszta była drobnostką. Podobało mu się, że obaj duchowni byli tak widocznie podnieceni. Rozmawiali długo półgłosem; ojciec Wiktor do czegoś bardzo namawiał Bennetta, który zdawał się nie ufać tym radom. Wszystko to było osobliwe i intrygujące, ale Kima zaczęła ogarniać senność, Potem zwołali jakichś ludzi do namiotu (jednym z nich był na pewno pułkownik, jak przepowiedział ojciec) — ci zaś zadawali chłopcu nieskończenie wiele pytań, zwłaszcza tyczących się kobiety, która się nim opiekowała; Kim na wszystko odpowiadał zgodnie z prawdą. Oni ponoć nie uważali tej kobiety za dobrą opiekunkę.

Koniec końców dla Kima była to najnowsza z jego przygód. Prędzej czy później, jeśli mu się spodoba, będzie mógł czmychnąć w szeroki świat — pomiędzy szary, nierozeznawalny gmin indyjski, kędyś daleko od namiotów, księży i pułkowników. Na razie, jeżeli można czymś wywołać wrażenie u sahibów, powinien był uczynić, co w jego mocy, by im zaimponować. Wszak i on był białym człowiekiem.

Po długiej wymianie zdań, której nie mógł zrozumieć, oddano go pod opiekę sierżantowi, któremu surowo polecono, by go nie spuszczał z oka. Pułk udawał się do Umballi, a Kima miano wysłać — częścią na koszt loży, a częścią za pieniądze ze składki — do miejscowości zwanej Sanawar.

— To ci cud nad wszelki podziw, panie pułkowniku! — rzekł ksiądz Wiktor, nagadawszy się o wszystkim przez dobre dziesięć minut. — Jego przyjaciel, buddysta, zwiał bez śladu, wziąwszy mój adres i nazwisko. Nie mogę się połapać, czy chce płacić za naukę chłopca, czy też własnym kosztem wyprawić jakieś sztuczki czarnoksięskie.

Potem zwrócił się do Kima:

— Dożyjesz jeszcze chwili, gdy będziesz dziękował swemu przyjacielowi, Bykowi Ryżemu. W Sanawar zrobimy z ciebie człowieka... choć co prawda kosztem tego, że może zostaniesz protestantem.

— Z pewnością... z całą pewnością! — potakiwał Bennett.

— Ależ wy nie pójdziecie do Sanawar! — rzekł Kim.