— Właśnie, że pójdziemy do Sanawar, mój malcze. Taki jest rozkaz głównodowodzącego, który jest osobą nieco ważniejszą od syna O’Hary.

— Nie pójdziecie do Sanawar. Pójdziecie na wojnę.

W całym, zatłoczonym namiocie zahuczał gromki śmiech.

— Gdybyś nieco lepiej znał swój własny pułk, Kimie, nie mieszałbyś pogotowia marszowego z pogotowiem bojowym. Ale spodziewamy się, że kiedyś pójdziemy na wojnę.

— Oo! Ja wiem wszystko!

Kim znów naciągnął łuk na chybił trafił. Jeżeli oni nie idą na wojnę, tedy w każdym razie nie wiedzieli tego, co on, o rozmowie na werandzie w Umballi.

— Wiem, że teraz nie jesteście na wojnie, ale powiadam wam, że skoro dojdziecie do Umballi, będziecie wysłani na wojnę... nową wojnę... Jest to wojna ośmiu tysięcy ludzi, nie licząc armat.

— O, jak dokładnie! Czy obok innych zdolności masz i dar prorokowania? Weźże go z sobą, sierżancie. Wydostań dla niego mundur od doboszów i uważaj, żeby ci się nie wymknął z rąk. I mówić tu, że wieki cudów już minęły! Ale pono90 czas mi już iść spać. Już biedna moja łepeta odczuwa zmęczenie.

W godzinę później kędyś na krańcu obozowiska siedział Kim, oniemiały jak dzikie zwierzątko, świeżo wymyty od stóp do głów i odziany w jakowyś straszny mundur ze sztywnego sukna, które drapało mu ręce i nogi.

— A to ci cudaczny ten młody kos! — gadał sierżant. — Włóczy się jako pachołek żółtogłowego capa-bramina, mając na szyi metryki wydane przez lożę jego ojcu, i bajdurzy, Bóg wie co, o jakimciś czerwonym byku. Ten cap-bramin ulatnia się bez opowiedzenia, a chłopak siada z założonymi nogami na łóżku kapelana, prorokując wszem wobec krwawą wojnę. Te Indyje, to diabelski kraj stworzony na zgubę bogobojnego człeka, Przywiążę mu zaraz nogę do kołka namiotu, na wypadek, gdyby chciał uciekać. Co tam mówiłeś o wojnie?