Tylko mnie znali, kochali...
Pieśń o Diegu Valdezie
Bardzo wczesnym rankiem białe namioty runęły i znikły, a Maverickowie pomaszerowali boczną drogą w stronę Umballi. Droga ta nie przechodziła koło miejsca postoju na trakcie, toteż Kim, wlokąc się koło wozu taborowego i wystawiony na krzyżowy ogień docinków ze strony żon żołnierskich, nie był już tak pewny siebie, jak zeszłego wieczora. Zauważył, że był pilnie strzeżony przez ojca Wiktora z jednej strony a przez pastora Bennetta z drugiej.
Przed południem kolumna wojska zatrzymała się. Ordynans, który przygonił na wielbłądzie, wręczył pułkownikowi jakiś list. Ten przeczytał pismo i coś powiedział jednemu z majorów. Kim, znajdujący się w tylnej straży o jakie pół mili od nich, posłyszał chrapliwy i radosny zgiełk, posuwający się ku niemu skroś gęstej kurzawy. Potem ktoś trzepnął go w kark, krzycząc:
— Powiedz nam, skąd to wiedziałeś, mały diabliku? Ojcze drogi, spróbuj, czy ci się nie uda wydobyć z niego prawdy!
Kucyk kapelana zrównał się z nimi i Kima przytroczono do łęku siodła.
— No, mój synu, twoje proroctwo wczorajsze się sprawdziło. Otrzymaliśmy rozkaz, by jutro zawagonować się w Umballi i ruszyć na front.
— Co to znaczy? — zapytał Kim, bo „zawagonować” i „front” były to słowa obce dla niego.
— My idziemy na wojnę, jakeś powiedział.
— Istotnie idziemy na wojnę. Powiedziałem to wczoraj wieczorem.