— Nie dziwota, że padre nie umie rozwikłać tej gmatwaniny. Jak prędko on mówi do sahiba-pułkownika! — (Mahbub Ali zachichotał). — Na Allacha! — (bystre jego oczy przemknęły na chwilę po werandzie) — twój lama przysłał coś, co wygląda na czek. Miewałem ci ja drobne interesy w hoondie. Sahib-pułkownik przygląda się temu.

— Cóż mi z tego? — rzekł Kim posępnie. — Ty pójdziesz sobie precz, a oni odeślą mnie do tych pustych izb, gdzie nie ma porządnego miejsca do spania i gdzie chłopcy mnie biją.

— Co innego sądzę. Uzbrój się w cierpliwość, moje dziecko. Nie każdy Pathan jest niewierny... chyba, co się tyczy koniny...

Upłynęło tak pięć... dziesięć... piętnaście minut, a ojciec Wiktor wciąż rozprawiał zawzięcie lub zadawał pytania, na które pułkownik odpowiadał.

— No, jużem panu opowiedział od deski do deski wszystko, co wiem o chłopcu, i jest mi to ulgą stokrotną. Czy pan słyszał kiedy coś podobnego?

— Koniec końców, stary przysłał forsę. Czeki z podpisem Gobinda Sahaia są ważne stąd aż do samych Chin — rzekł pułkownik. — Im więcej się zna krajowców, tym trudniej powiedzieć, co oni zrobią lub nie zrobią.

— To pociecha... ze strony naczelnika Inspektoratu Etnologicznego. Cały ten galimatias czerwonych byków i rzek zbawienia (biedny poganin, Boże bądź mu miłościw!), czeków i masońskich świadectw... Czy pan przypadkowo nie jest masonem?

— Na Jowisza, jestem nim i teraz dopiero przyszło mi to na myśl. Ale to uboczna racja — rzekł pułkownik w roztargnieniu.

— Cieszę się, że pan widzi w tym rację. Ale, jakem powiedział, ten zamęt wypadków przechodzi moją pomysłowość. A jak to on prorokował naszemu pułkownikowi, siedząc na moim łóżku, w tej koszulinie rozchełstanej, przez którą było widać jego białą skórę!... I jak to proroctwo się sprawdziło! Czy go wyleczą z tych wszystkich zabobonów u św. Ksawerego, hę?

— Pokrop go ksiądz święconą wodą — zaśmiał się pułkownik.