— Bogate miasto — rzekł. — Bogatsze od Lahory. Jakie muszą tu ładne być place targowe. Dorożkarzu, powoź mnie trochę po tutejszych bazarach!

— Kazali mi zawieźć ciebie do szkoły.

Dorożkarz odezwał się do niego per ty, co jest grubiaństwem, jeżeli się zwracać do ludzi białych. Kim w najczystszej i najpotoczniejszej gwarze wytknął mu omyłkę, wdrapał się na kozioł i usadowiwszy się tak, że mógł wszystko doskonale pojąć, jeździł przez parę godzin to tu, to tam, oceniając okiem wszystko, co widział, porównywając i radując się wszystkim. Z wyjątkiem Bombaju, królowej wszech stolic, nie ma miasta piękniejszego w swej wytworności jak Lucknow, czy to przyjrzeć mu się z mostu na rzece, czy ze szczytu Imambary, skąd widać złocone kopuły Chutter Munzillu i drzewa, w których chowa się całe miasto. Królowie przyozdabiali to miasto fantastycznymi budowlami, wyposażali je łaskami, napełniali gwardią przyboczną i pławili we krwi. Jest ono środowiskiem wszelkich zbytków, lenistwa i knowań i na równi z Delhi rości sobie jedyne prawo do czystej wymowy języka Urdu.

— Urocze miasto... cudne miasto!

Dorożkarz, jako rodowity mieszkaniec Lucknow, bardzo był ujęty tą chwalbą i opowiadał Kimowi wiele zdumiewających rzeczy o tym, co przewodnik angielski nazwałby buntem sipajów.

— A teraz pojedziemy do szkoły! — rzekł na koniec Kira.

Wielka stara szkoła św. Ksawerego in partibus infidelium, tworząca zwartą masę niskich białych budynków, wznosi się na rozległej równinie nad rzeką Gumti, w pewnej odległości od miasta.

— Jacy to ludzie są w tej szkole? — ozwał się Kim.

— Młodzi sahibowie... same diabły; lecz prawdę powiedziawszy, to choć ich wielu woziłem tam i sam z dworca, nigdy nie widziałem, żeby który miał w sobie tyle wcielonego diabła, co ty... co ten młody sahib, którego teraz wiozę.

Ma się rozumieć, że ponieważ nigdy go nie uczono, by takie towarzystwo miało być w jakimkolwiek względzie nieodpowiednie dla niego, Kim zmitrężył sporo czasu na pewnej ulicy za sprawą kilku swawolnych dam w oknach pierwszego piętra, i rzecz równie zrozumiała, że wywiązał się doskonale z wymiany obopólnych komplementów. Miał właśnie odwdzięczyć się woźnicy za świeżą obelgę, gdy naraz w zapadającym zmroku wzrok jego padł na jakowąś postać siedzącą pod jednym z pobielanych filarów bramy na długim zwale rumowiska muru.