— Stój! — krzyknął. — Zatrzymaj się tutaj. Nie pojadę jeszcze do szkoły.
— Ale co trzeba mi zapłacić za to dryndanie się tam i nazad? — ozwał się zuchwale woźnica. — Czy ten chłopak zwariował? Przedtem tancerka, teraz znowu kapłan!
Kim w lot był już na drodze i klepał starca po zakurzonych stopach, wystających spod zbrukanej, żółtej sukni102.
— Czekałem tu już półtora dnia — zaczął lama spokojnym głosem. — Nic strasznego! Miałem przy sobie ucznia. Dał mi go mój przyjaciel w świątyni Tirthankerów za przewodnika w tej podróży. Wyjechałem koleją z Benares zaraz po doręczeniu mi twego listu... Tak, jestem najedzony. Nie potrzeba mi niczego.
— Ale czemu nie pozostałeś u tej Kuluinki, o święty? Jakimże sposobem dostałeś się do Benares? Ciężko mi było na sercu, odkądeśmy się rozstali.
— Kobieta nużyła mnie ciągłym zalewem gadulstwa i żądaniem czarów na rodzenie dzieci. Oddaliłem się od tego towarzystwa, pozwalając jej, by zdobywała sobie zasługi hojnością. Bądź co bądź, jest to kobieta szczodrobliwa, więc obiecałem, że powrócę do jej domu, gdy zmusi mnie potrzeba. Potem, że jestem samotny jak palec w tym wielkim i strasznym świecie, przypomniałem sobie o te-rain jadącym do Benares, gdzie mam znajomego, co podobnie jak ja zajmuje się poszukiwaniem.
— Ach, twoja rzeka! — wtrącił Kim. — Zapomniałem o rzece.
— Tak prędko, mój chelo? Ja nigdy o niej nie zapomniałem; lecz skorom ciebie opuścił, wydało mi się, że lepiej będzie, gdy pójdę do świątyni i zasięgnę rady, bo widzisz, Indie są bardzo rozległe, a kto wie, czy kilku z tych mędrców, co byli przed nami, nie pozostawiło jakiej wzmianki o miejscu, gdzie płynie nasza rzeka. Nad tą sprawą toczy się właśnie narada w świątyni Tirthankerów: jedni twierdzą tak, drudzy inaczej. To ludzie bardzo uprzejmi.
— Niechże sobie będą; ale co ty teraz porabiasz?
— Zdobywam sobie zasługę przez to, że tobie, mój chelo, pomagam w nabywaniu wiedzy. Kapłan tego zgromadzenia, które służy Czerwonemu Bykowi, pisał mi, że stanie się wszystko, czego sobie życzyłem dla ciebie. Posłałem kwotę pieniężną, wystarczającą na rok, a potem, jak widzisz, przybyłem, by czuwać nad twym wstąpieniem w podwoje wiedzy. Czekałem półtora dnia... nie jakoby mnie wiodło jakieś uczucie względem ciebie... to nie ma związku z mą Drogą... lecz ponieważ stosownie do tego, co mówiono mi w świątyni Tirthankerów, wypadało mi po zapłaceniu pieniędzy za naukę dopilnować końca sprawy. Moje wątpliwości rozwiano najoczywistszymi dowodami. Obawiałem się, że może tu jadę wiedziony chęcią zobaczenia ciebie... omamiony czerwoną mgłą uczucia. Ale tak nie jest... Zresztą zaniepokoił mnie pewien sen...