Uśmiechnął się po łotrowsku i wyszedłszy na ulicę, pomimo że mżył ciepły deszcz, odnalazł pewien dom, którego fasadę już dawniej zapisał sobie w pamięci...
— Arrè! Czy nie wiesz, cośmy za kobiety... tu... w tej dzielnicy? O, wstyd!
— Czyż urodziłem się dopiero wczoraj? — Kim przykucnął sposobem krajowców na poduszkach w owym pokoju na górze. — Potrzeba mi trochę farby i trzy łokcie materiału do spłatania figla. Czy wiele?
— Kimże jest ona? Jak na sahiba, jesteś jeszcze zgoła za młody na podobne wybryki.
— Ach ona? Ona jest córką pewnego nauczyciela w kwaterującym tutaj pułku. Obił ci on mnie dwa razy, że w tym ubraniu przełaziłem przez mur jego ogrodu. Teraz chciałbym się wkraść tam w przebraniu ogrodniczka. Starzy bywają bardzo zazdrośni.
— To prawda. Trzymajże teraz gębę spokojnie, a namażę cię sokiem.
— Tylko nie nazbyt czarno, Naikan. Nie chciałbym przed nią wyglądać na hubshi (Murzyna).
— O, miłość nie zważa na takie drobnostki! A ile ona ma lat?
— Dwanaście, jak mi się zdaje, — rzekł bezczelnie Kim. — Posmaruj mi także piersi. Może jej ojciec zedrze ze mnie ubranie, a jeżeli okaże się, żem srokaty... — i roześmiał się.
Dziewczyna pracowała gorliwie, maczając gałganek w małym dzbanuszku brunatnej farby, która trzyma się dłużej niż jakikolwiek sok orzechowy.