Chłopiec, który urodził się i wychował wśród krajowców, ma swoiste maniery i nawyczki, jakim podobnych nie spotyka się w żadnym innym kraju; przy tym nauczyciele starają się go sobie zjednać sposobami, których nie zdołałby pojąć angielski pedagog. Dlatego mało kto zaciekawiłby się przygodami Kima jako wychowanka zakładu św. Ksawerego pośród dwustu czy trzystu gołowąsów, z których większość nigdy nie widziała morza. Powszednią była mu kara za samowolne wychodzenie poza obręb szkoły, gdy w mieście szerzyła się cholera; było to, zanim jeszcze nauczył się pisać biegle po angielsku i wskutek tego był zmuszony uciekać się do pomocy przepisywacza. Skarżono się też na niego, rzecz prosta, za palenie papierosów i używanie tak cuchnących złorzeczeń, jakich jeszcze dotąd nie słyszano w tej szkole. Nauczył się myć z lewicką skrupulatnością, cechującą rodowitego krajowca, który w głębi serca zawsze uważa Anglika za nie dość czystego. Płatał pospolite figle cierpliwym kulisom (służącym), poruszającym wielkie wachlarze, zwane punkah w sypialniach, gdzie w czasie upalnych nocy chłopcy robili głośny harmider, opowiadając sobie dykteryjki aż do białego rana — i spokojnie mierzył się z najzarozumialszymi kolegami.
Kolegami jego byli synowie niższych urzędników kolejowych, funkcjonariuszów wydziału telegrafów lub kanalizacji, oficerów policyjnych, często dymisjonowanych lub pełniących obowiązki głównodowodzącego w sojuszniczej armii któregoś z radżów, synowie kapitanów marynarki indyjskiej, faktorów rządowych, plantatorów, kupców Kompanii Angielsko-Indyjskiej i emisariuszy. Niektórzy byli młodszymi latoroślami starych rodów eurazjatyckich, które silnie zakorzeniły się w Dhurrumtollah, jak Pereirowie, De Souza i D’Silvowie. Ich rodzice mogliby doskonale wychowywać ich w Anglii, ale cóż robić, kiedy pokochali tę szkołę, gdzie kształcili się sami w młodości, toteż jedno po drugim śniadolice pokolenie szło do św. Ksawerego. Ich gniazda rodzinne były rozsiane na przestrzeni od Howrah, gdzie mieszka ludność jeżdżąca koleją, aż do głuchych zakątków, jak Monghyr i Chunar, po schowane kędyś ogrody herbatnie wzdłuż nurtów Shillong; po wioski w Oudh i Dekanie, gdzie ich ojcowie byli wielkimi obszarnikami; po stacje misyjne odległe o tydzień drogi od najbliższej kolei; po miasta portowe leżące tysiąc mil na południe i wpatrzone w brązowe przewały Oceanu Indyjskiego; i aż po plantacje chinowych drzew na samym Południu. Na samą opowieść o ich przygodach, doznanych w czasie jazdy do szkoły lub z powrotem, zjeżyłyby się włosy na głowie chłopca z Zachodu; oni zaś nie uważali tego nawet za przygody. Przywykli włóczyć się samopas sto mil w głąb dżungli, gdzie zawsze można mieć przemiłą sposobność, że człeka przydybią tygrysy; ale żaden z nich nie wykąpałby się w angielską pogodę sierpniową w kanale La Manche, tak samo jak żaden z ich pobratymców na szerokim świecie nie wyleżałby spokojnie, gdyby mu lampart sapnął koło palankinu. Trafiali się chłopcy piętnastoletni, którzy spędzali niekiedy półtora dnia na wysepce na środku wezbranej rzeki, biorąc, jak się należy, pod swą opiekę kompanię szalonych pątników wracających z miejsca odpustowego. Byli i starsi, którzy pewnego razu w imię św. Franciszka Ksawerego zażądali słonia od przypadkowo napotkanego radży, gdy deszcze zmyły doszczętnie drogi kołowe, wiodące do majątku ich ojca, i doszli cało, postradawszy tylko olbrzymie zwierzę w ruchomych piaskach. Był też chłopak, który, jak mówił (a nikt nie wątpił w słów jego prawdziwość), pomógł ojcu swemu wystrzelać z werandy szajkę Akasów, w owym czasie, gdy opryszkowie rzucali się zuchwale na ustronne plantacje.
A każda z tych gawęd wypowiadana była spokojnym, beznamiętnym głosem, cechującym rodowitych krajowców, i urozmaicona osobliwymi uwagami przejętymi bezwiednie od piastunek z ludu oraz zwrotami, które świadczyły, że tłumaczono je naprędce z języka krajowego. Kim przyglądał się, przysłuchiwał i chwalił sobie to wszystko. Nie była to już niedorzeczna i urywkowa pogwarka doboszów. Wszystko w tych opowieściach dotyczyło życia, jakie znał i częściowo rozumiał. Czuł się dobrze w tej atmosferze i rósł w niej nad podziw. Gdy nastała pora skwarniejsza, dano mu biały kostium ćwiczebny i chłopak radował się ze świeżo poznanych wygód fizycznych, podobnie jak radował się z biegłości swego bystrego umysłu, z jaką rozwiązywał wyznaczone mu zadania. Jego pojętność zachwyciłaby pedagoga angielskiego, ale w zakładzie św. Ksawerego wiedziano, jak to w dwudziestym drugim lub trzecim roku życia marnieją umysły rozwijające się zrazu szybko pod wpływem słońca i otoczenia.
Niemniej pamiętał, by zachowywać należytą powściągliwość. Gdy w duszne noce opowiadano sobie różne baje, Kim nie wygrywał zakładów swoimi wspomnieniami; albowiem w zakładzie św. Ksawerego wzgardą otaczają takich chłopców, którzy „zeszli całkiem na krajowców”. Nigdy nie wolno zapominać, że się jest sahibem, i kiedyś, po zdaniu egzaminów, będzie się rządziło krajowcami. Kim zakarbował to sobie w pamięci, gdyż zaczął rozumieć, do czego prowadzą egzaminy.
Tymczasem nadeszły wakacje trwające od sierpnia do października... wielkie wakacje, narzucone przez upały i deszcze. Zawiadomiono Kima, że pojedzie na północ do jakiejś stacji w górach za Umballą, gdzie zajmie się nim ojciec Wiktor.
— Czy do szkoły koszarowej? — ozwał się Kim, zadawszy wiele pytań, a więcej jeszcze przetrawiwszy w myśli.
— Tak mi się zdaje — rzekł nauczyciel. — Nic by nie szkodziło ustrzec cię od złego. Możesz jechać aż do Delhi z młodym De Castro.
Kim rozważył wszechstronnie tę sprawę. Był pilny, tak właśnie, jak mu zalecał pułkownik. Dni wolne były całkowitą własnością uczniaka — tego przynajmniej nauczyły go rozmowy z kolegami — a szkoła koszarowa mogła być tylko udręką po zakładzie św. Ksawerego. Ponadto (a była to sztuka nie bez wartości) umiał już pisać. W ciągu trzech miesięcy dowiedział się, jak ludzie mogą porozumiewać się z sobą bez pośrednictwa osoby trzeciej, kosztem pół anny i odrobiny wiedzy. Od lamy nie otrzymał ni słówka wieści, ale zawsze świat był otwarty przed nim szeroko. Kim tęsknił do pieszczoty grząskiego błota, przeciskającego się między palcami nóg, a usta jego łaknęły baraniny duszonej z masłem i kapustą, ryżu natykanego woniejącą silnie rzeżuchą, ryżu barwionego szafranem, czosnku, cebuli i zakazanych tłustych smakołyków ze straganu. W szkole koszarowej żywiono by go stale niedopieczoną wołowiną na półmisku, a palić mógłby tylko ukradkiem. Tak czy owak był przecie sahibem i wychowankiem zakładu św. Ksawerego, a ten wieprz Mahbub Ali... Nie, Kim nie będzie szukał gościnności Mahbuba Alego, a jednak... Myślał o tym w samotni sypialnego pokoju i doszedł do wniosku, że był niesprawiedliwy względem Mahbuba.
Szkoła już była pusta; prawie wszyscy nauczyciele wyjechali. Kim trzymał w ręce bilet wolnej jazdy otrzymany od pułkownika Creightona i pysznił się tym, że pieniędzy Creightona sahiba czy Mahbuba nie roztrwonił na hulaszcze życie. Był jeszcze posiadaczem dwóch rupii siedmiu ann. W pustej sypialni leżał jego nowy kuferek z cielęcej skóry, opatrzony literami K. O. H., i tobołek z pościelą. Kim pokiwał nad nimi głową.
— Sahibowie zawsze są związani ze swymi bagażami — ozwał się. — Zaczekajcież wy sobie tutaj.