Mniej więcej w tym czasie pułkownik Creighton w Simli otrzymał telegraficzną wiadomość, że młody O’Hara gdzieś się zapodział. Mahbub Ali bawił podówczas w mieście, handlując końmi; jemu to pewnego poranku zwierzył się z wiadomością o całym zdarzeniu pułkownik Creighton, cwałując po anandalskim torze wyścigowym.
— O, to fraszki! — rzekł koniarz. — Ludzie są jak konie. Co pewien czas potrzeba im soli, a jeżeli tej soli nie ma w żłobie, to będą zlizywały ją z ziemi. On poszedł na pewien czas w szeroki świat. Znudziła go madrissah. Wiedziałem, że tak będzie. Kiedy indziej sam zabiorę go z sobą w podróż. Nie martw się, sahibie Creightonie. To zupełnie, jak gdyby kucyk, używany do gry w polo, urwał się i pobiegł uczyć się sam tej gry.
— Więc on nie umarł? Tak sądzisz?
— Mogłaby go zabić chyba febra; poza tym nie mam żadnych obaw co do chłopca. Małpa nie spadnie na ziemię, gdy hasa po drzewach.
Nazajutrz na tym samym torze ogier Mahbuba mknął znów równolegle z wierzchowcem pułkownika.
— Jest tak, jak sądziłem! — ozwał się koniarz. — W każdym razie przechodził przez Umballę i tam, dowiedziawszy się o moim pobycie, napisał do mnie list.
— Przeczytaj — rzekł pułkownik z westchnieniem ulgi. Było to wprawdzie rzeczą niezbyt stosowną, by człowiek na jego stanowisku miał się zajmować losem małego obieżyświata rodem z tego kraju; lecz pułkownik pamiętał rozmowę w pociągu i w ciągu kilku ostatnich miesięcy niejednokrotnie łapał się na tym, że myślał o dziwnym, milczącym chłopaku, tak umiejącym panować nad sobą. Jego wyprawa była oczywiście postępkiem nad wyraz bezczelnym, ale dowodziła nie byle jakiej pomysłowości i zręczności.
Mahbub zamrugał oczyma, kierując konia na środek małej kotliny, gdzie nikt nie mógł podejść ku nim niepostrzeżenie.
— Przyjaciel gwiazd, który jest Przyjacielem całego świata...
— Cóż to takiego?