— To, com widział — rzekł Kim — w ową noc, gdyśmy obaj z lamą nocowali koło twej izby w Seraju Kaszmirskim. Drzwi pozostawiono niezaryglowane, co, jak mi się zdaje, nie jest twoim obyczajem, Mahbubie. Ten człowiek wszedł do środka, jakby upewniony, że nierychło powrócisz. Przytknąłem oko do dziury w przepierzeniu, pozostałej po wypadłym sęku. Przybysz jakby czegoś szukał... nie derki, nie strzemienia, nie wędzidła, nie garnka mosiężnego... szło mu o jakąś rzecz drobną i starannie ukrytą. Gdyby było inaczej, to czemuż by rozpruwał żelazem podeszwy twych pantofli?

— He! — uśmiechnął się Mahbub Ali. — A jakie wysnułeś przypuszczenia na ten widok, o studnio prawdy?

— Żadnych. Położyłem rękę na amulecie, który noszę zawsze na samym ciele, i przypomniawszy sobie rodowód siwego ogiera, który wygryzłem z kromki chleba muzułmańskiego, odjechałem do Umballi, domyślając się, że widocznie powierzono mi ważne zlecenie. Gdyby mi się spodobało, byłoby już w ową godzinę po tobie! Wystarczyłoby, żebym odezwał się do owego człowieka: „Mam tu jakiś papier tyczący się pewnego konia i nie mogę nic z tego odczytać”. A wtedy?...

Kim spojrzał przenikliwie spod brwi na Mahbuba.

— Wtedy byś się napił wody jeszcze dwa razy... a może trzy... Zdaje mi się, że nie więcej jak trzy razy!... — rzekł Mahbub bez ogródek.

— To prawda. Myślałem po trosze i o tym, ale najwięcej myślałem o tym, że kocham cię, Mahbubie. Dlatego pojechałem, jak wiesz, do Umballi, ale (o czym nie wiesz) potem przyczaiłem się na trawniku ogrodowym, by zobaczyć, co uczyni pułkownik Creighton, odczytawszy rodowód białego ogiera.

— A co on zrobił? — zapytał Mahbub, gdyż Kim na tym uciął rozmowę.

— Czy ty dostarczasz wiadomości z amatorstwa, czy też sprzedajesz? — zapytał Kim.

— Sprzedaję... i kupuję... — tu Mahbub wydobył z kalety monetę czteroannową i podniósł ją w górę.

— Osiem! — rzekł Kim, bezwiednie idąc za żyłką targowania się, właściwą ludziom Wschodu.