Mahbub roześmiał się i odłożył pieniądz.
— Zbyt łatwo się targuję na tym rynku, Przyjacielu całego świata. Powiedz mi dla samej przyjaźni. Każdy z nas ma życie drugiego w swoim ręku.
— Doskonale. Widziałem, jak sahib Jang-i-lat (naczelny wódz) przybył na wielką ucztę. Widziałem go w gabinecie sahiba Creightona. Widziałem, że obaj razem odczytywali rodowód białego ogiera. Słyszałem nawet sam rozkaz rozpoczęcia wielkiej wojny.
— Ha! — skinął głową Mahbub, a ogień żarzył mu się w głębi źrenic. — Gra przeprowadzona wspaniale! Ta wojna już stała się czynem, a zło, miejmy nadzieję, uległo zmrożeniu, zanim zdołało rozkwitnąć... Stało się to dzięki mnie... i tobie. Cóżeś później czynił?
— Zrobiłem sobie z tej wieści niejako haczyk do poławiania jadła i zaszczytów pośród mieszkańców jednej wsi, gdzie kapłan chciał uśpić mego lamę. Ale ja zabrałem staruszkowi sakiewkę i bramin nie znalazł ani szeląga. Toteż ci się pieklił na drugi dzień! Ho-ho! Z owej wieści skorzystałem również, gdym wpadł w ręce białego pułku wraz z ich Bykiem!
— Była to nierozwaga z twej strony! — nadąsał się Mahbub. — Wiadomości nie trzeba rozrzucać jak nawóz, ale używać ich oszczędnie jak bhang106.
— I ja jestem tego zdania; zresztą nie wyszło mi to na pożytek. Lecz było to dawno — uczynił taki ruch, jak gdyby chciał wszystko zetrzeć chudą, brązową ręką — a od tego czasu, zwłaszcza w noce spędzane pod punkah w madrissah, rozważyłem tę sprawę bardzo poważnie.
— Czy wolno zapytać, dokąd to dążyła myśl Niebianina? — wysilił się Mahbub na złośliwość, gładząc szkarłatną brodę.
— Wolno, wolno! — rzekł Kim i odciął się tymże tonem — W Nucklao mówią, że żaden sahib nie powinien wobec czarnego przyznawać się do pomyłek.
Mahbub pochwycił go ręką za pierś, gdyż nazwanie Pathana „czarnym człowiekiem” (kala admi) jest dlań śmiertelną zniewagą. Naraz opamiętał się i rzekł ze śmiechem: