— A czym ty się zajmujesz?

— Żebrzę. Przypomniałem sobie, że to już czas niemały, jak nie jadłem i nie piłem. Jaki jest w tym mieście zwyczaj zbierania jałmużny? W milczeniu, jak u nas w Tybecie, czy też głośno?

— Ci, którzy żebrzą po cichu, umierają też po cichu z głodu! — rzekł Kim, przytaczając ludowe przysłowie. Lama próbował powstać, lecz zwalił się z nóg i siadł powtórnie, wzdychając za swoim uczniem, który zmarł w odległym Kulu. Kim, odchyliwszy w bok głowę, przypatrywał mu się z zaciekawieniem i w zadumie.

— Daj mi miseczkę. Znam ludzi w tym mieście... wszystkich, którzy są miłosierni. Daj, a odniosę ci ją pełną strawy.

Starzec potulnie jak dziecko wręczył mu miseczkę.

— Odpocznij sobie. Ja znam ludzi tutejszych.

Podreptał do straganu kundżri (przekupki z niskiej kasty), co znajdował się naprzeciwko toru tramwajowego, poniżej Bazaru Motee. Znała ona Kima od dawna.

— Oho! Czy stałeś się yogi, że chodzisz z tą miską żebraczą? — zawołała.

— Nie! — odparł Kim wyniośle. — W mieście zjawił się nowy kapłan... człowiek, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem.

— Stary kapłan, młody tygrys! — odezwała się z gniewem kobieta. — Oj, daliż mi się we znaki ci nowi kapłani! Złażą się jak muchy do moich towarów! Czyż ojciec mego syna jest studnią miłosierdzia, by dawać wszystkim, którzy proszą?