— Nie! — rzekł Kim. — Twój mąż jest nie tyle yogi (świątobliwy), co yagi (złego charakteru). Lecz ten kapłan jest zupełnie nowym przybyszem. Sahib z Domu Cudów gwarzył z nim za pan brat. No, matko, napełnijcie mi tę miskę! On czeka.
— Miskę... ciewy18! Toć to cebrzyk wielkości krowiego brzucha! Jesteś tu w łaskach, jak święty byk Shivy. On mi tu już rano wygarnął co najlepsze cebule z koszyka, a teraz, dalibóg, muszę tobie napełniać michę! On tu znów nadchodzi!...
Ogromny, myszaty byk bramiński torował sobie drogę wśród różnokolorowej gawiedzi, a z pyska zwisał mu skradziony banan. Zmierzał wprost do straganu, znając dobrze przywileje poświęcanego bydlęcia; pochylił łeb i sapał ciężko nad rzędem koszyków, jak gdyby w nich przebierając. Naraz wystrzelił w górę mały twardy obcas Kima i trzasnął buhaja w oślizgłe, sine nozdrza. Ów parsknął gniewnie i przeszedł na drugą stronę szyn tramwajowych, z wściekłością wstrząsając garbem.
— Widzisz! Uratowałem ci trzy razy więcej, niżby cię kosztowało napełnienie tej miski. No a teraz, matko, daj krzynkę ryżu, a na to trochę suszonej ryby... tak, i jeszcze nieco zupy jarzynowej.
Z głębi kramika19, gdzie leżał jakiś człowiek, doszedł pomruk.
— On odpędził byka — ozwała się baba półgłosem. — Dobrze przecie dać coś ubogiemu.
Wzięła miskę i odniosła ją pełną gorącego ryżu.
— Ależ mój yogi nie jest krową! — rzekł Kim poważnie, wygrzebując palcami dziurę w wierzchołku kopiastej strawy. — Przydałoby się trochę polewki i pieczonego ciasta, a kęs smażonych owoców też by go ucieszył, jak sądzę.
— Ten dołek jest tak duży, jak twoja głowa! — sarknęła baba; mimo to napełniła wgłębienie smaczną, dymiącą zupą jarzynową, przywaliła to z wierzchu sucharem, na sucharku położyła wiórko20 świeżo wybitego masła, a z boku pacnęła grudkę kwaśnej marmelady21 tamaryndowej. Kim z lubością wpatrywał się w ten stos.
— No, wystarczy! Ilekroć będę na targowicy22, byk nie zajrzy do tego domu. Bezczelny z niego żebrak!