— Nie odpowiadaj za mnie — sarknął Mahbub. — Jesteś teraz moim nowym fornalem. Idź, połóż się spać wśród moich ludzi. Znajdują się wraz z końmi w pobliżu północnego narożnika dworca kolejowego.

— Wyżeną107 mnie kijem aż na południowy narożnik, jeżeli przyjdę bez upoważnienia.

Mahbub podłubał w kalecie, potarł zwilżony kciuk o laskę chińskiego tuszu i namazał odcisk palca na skrawku miękkiego papieru wyrobu krajowego. Od Balkhu do Bombaju znano dobrze kształt tego ostro zarysowanego palca wraz z biegnącą w poprzek niego zastarzałą blizną.

— Wystarczy pokazać to temu pomocnikowi. Rano wyjeżdżam.

— Jaką drogą?

— Od strony śródmieścia; jest tylko jedna. Potem zaś wrócimy do sahiba Creightona. Ocaliłem cię od cięgów.

— Allach! Co znaczy bicie, gdy sama głowa ledwo się trzyma ramion?

Kim wysunął się nieznacznie w pomrocz nocną, obszedł dom półkolem, przyciskając się do samej ściany, potem zaś odszedł przeszło milę od dworca. Wówczas, nakładając kołowaniem kawał drogi, szedł nieskwapliwie, gdyż potrzeba mu było czasu, by zmyślić jakąś bujdę na wypadek, gdyby któryś z pachołków Mahbuba wziął go na spytki.

Obozowali na skrawku pustego pola koło kolei, a ponieważ byli krajowcami, więc oczywiście nie wyładowali dwóch wagonów, w których stały rumaki Mahbuba pośród transportu koni krajowych, zakupionych przez bombajską spółkę tramwajową. Nadzorca, przygarbiony muzułmanin wyglądający na suchotnika, huknął z góry na Kima, lecz uspokoił się na widok odręcznego znaku Mahbuba.

— Hadżi w swej łaskawości przyjął mnie na służbę — rzekł mrukliwie Kim. — Jeżelibyś wątpił, zaczekaj, aż on przyjdzie nad ranem. Tymczasem dajcie mi miejsce przy ognisku.