— Przeto w takim położeniu, w jakim ty się znajdujesz, powinieneś pamiętać o tym, że masz jednocześnie jak gdyby dwa oblicza. Między sahibami nie zapominaj nigdy, że jesteś sahibem; pomiędzy ludem hinduskim pomnij zawsze, że jesteś... — tu przerwał, uśmiechając się z zakłopotaniem.
— Czym jestem? Muzułmaninem, Hindusem jainem109 czy buddystą? Twardy to orzech do zgryzienia!
— Bez wątpienia, jesteś niewierny i za to będziesz potępion. Tak mówi moja wiara... przynajmniej tak mi się zdaje. Ale ty jesteś zarazem dla mnie Przyjacielem całego świata, a ja kocham cię. Tak mówi mi serce. Z wierzeniami to tak jak z końmi. Człek mądry wie, że konie są dobre... że z każdego można wyciągnąć zysk; a co się mnie tyczy, to choć jestem prawowiernym sunitą110 i nienawidzę Tyrasów, mogę mieć jednak to samo przekonanie o wszystkich religiach. Bo klacz katiwarska zabrana z piasków stron rodzinnych i przeniesiona do zachodniego Bengalu, ochwaci się niechybnie... a nawet ogier z Balkh (nie ma lepszych koni nad balkhijskie, szkoda, że trochę za ciężkie w łopatkach) wśród wielkich pustyń północnych nie może iść w zawody z wielbłądami-śnieżnikami, jakie widywałem. Przeto mówię sobie w sercu, że wiary są jak konie. Każda ma zalety we własnym kraju.
— Ale mój lama mówi zgoła co innego.
— Ech, ten stary marzyciel z Bhotiyal! Jestem w duchu trochę zły na to, że ty, Przyjaciel całego świata, upatrujesz tyle dobrego w człowieku, którego znasz tak mało.
— To prawda, Hadżi, ale widzę, co w kim cenić; a do niego ciągnie mnie serce.
— A jego do ciebie, jak słyszałem. Serca są jak konie; zbiegają się i rozbiegają na przekór wędzidłom i ostrodze. Krzyknij na Gula Sher-Khana, żeby silniej zawarł przegrodę tego gniadego ogiera. Nie potrzeba nam końskich brykań na każdym postoju, a tego myszatego i karego należy trochę zamknąć... A teraz posłuchaj. Czy dla pocieszenia swego serca musisz koniecznie zobaczyć się z tym lamą?
— Jest to jeden z mych warunków — rzekł Kim. — Jeżeli nie będę go widywał i jeżeli mi go zabiorą, to pójdę sobie precz z tej madrissah w Nucklao... a gdy raz odejdę, kto potrafi mnie odszukać?
— To prawda. Żadne źrebię nigdy nie było trzymane tak lekko na postronku jak ty! — pokiwał głową Mahbub.
— Nie bój się — mówił Kim, jak gdyby mógł zniknąć za chwilę. — Lama mówił mi, że przyjdzie mnie odwiedzić w madrisssah...