— Żebrak z miską wobec tych młodych sa...
— Wcale nie! — parsknął Kim. — Wielu z nich ma oczy zbłękitnione i paznokcie poczernione od krwi niskiego rodu. Synowie metheeranee... a szwagrowie kominiarzy.
Reszty rodowodu nie ma co wymieniać; wszakoż Kim przedstawił tę kwestię jasno i bez uniesienia, żując przez cały czas łodygę trzciny cukrowej.
— Przyjacielu całego świata — rzekł Mahbub, podając chłopcu fajkę do oczyszczenia — spotykałem wielu mężczyzn, kobiet, dzieci, chłopców, a niemało też i sahibów. Ale w życiu mym nie spotkałem takiego hultaja jak ty.
— Co znowu? Przecież zawsze mówię ci prawdę...
— Może dlatego, że na tym świecie niezbyt jest bezpiecznie ludziom uczciwym! — to rzekłszy, Mahbub Ali podniósł się z ziemi, wdział pas i ruszył ku koniom.
— A może ci ją sprzedać?
W brzmieniu tych słów było coś takiego, że Mahbub stanął i odwrócił się.
— Cóż to za nowe psikusy?
— Daj osiem ann, a powiem — rzekł Kim, szczerząc zęby. — Chodzi o twój spokój.