— Ach, szatanie! — rzekł Mahbub, wręczając mu pieniądz.
— Czy pamiętasz małą sprawkę złodziei... w nocy, tam w Umballi?
— Ponieważ wiem, że czyhali na moje życie, więc jeszcze nie zdołałem zapomnieć. I cóż?
— Czy pamiętasz Seraj Kaszmirski?
— Natrę ci zaraz uszu, sahibie!
— Nie potrzeba... Pathanie. Dość na tym, że drugi fakir, którego sahibowie zbili do utraty przytomności, był to ten sam człowiek, który przetrząsał twoją komorę w Lahorze. Widziałem jego twarz, gdy go niesiono do parowozu. Ten samiusieńki człowiek.
— Czemuś mi tego wpierw nie powiedział?
— Oho, on pójdzie do kozy i posiedzi cicho przez parę lat. Nie potrzeba mówić więcej, niż to jest konieczne w danej chwili. Zresztą wtedy nie potrzeba mi było pieniędzy na frykasy.
— Allach kerim! — zawołał Mahbub Ali. — Czy pewnego dnia nie przyszłaby ci fantazja sprzedać moją głowę za garstkę łakoci?
Kim do śmierci nie zapomni tej przewlekłej, ociężałej jazdy z Umballi przez Kalkę i obok ogrodów pindżorskich aż do Simli. Nagły prąd na rzece Gugger zniósł im jednego z koni (oczywiście najcenniejszego!), a Kim omal nie utonął wśród niesionych wodą otoczaków. W dalszej drodze konie spłoszyły się na widok rządowego słonia, a ponieważ znalazły w bród paszy, więc zmitrężono półtora dnia na ich pochwycenie. Potem spotkali Sikandar-Khana jadącego z kilku szkapami nienadającymi się na sprzedaż — ostatkami swej stadniny; Mahbub, który w małym palcu lepszym był koniarzem niż Sikandar-Khan we wszystkich namiotach, musiał koniecznie kupić dwie najlichsze chabety, co pociągnęło za sobą osiem godzin uciążliwych targów i Bóg wie ile tytoniu. Ale wszystko to było istną rozkoszą; ta włóczęga gościńcem, wspinanie się, zjeżdżanie, okrążanie występów skalnych, piętrzących się coraz to wyżej; rumieniec świtu hen na wiecznych śniegach; świecznikowate kaktusy sterczące szeregami na głaźnych zboczach; odgłosy tysiąca strumieni; paplanina małp; majestatyczne deodary (cedry himalajskie) strzelające jedne ponad drugimi w warstwicach obwisłych gałęzi; rozległy widok na równiny staczające się hen w dal u ich podnóża; ustawiczne pojękiwanie trąbek tongi111 i dzikie szamotanie się prowadzonych koni, gdy tonga wypadała z zakrętu; przystanki poświęcone modłom (Mahbub wypełniał sumiennie obrzędowe obmywania i nie szczędził gardła w modlitwie, gdy mu na to czas pozwalał); wieczorne pogawędki na popasach, gdy wielbłądy i bawoły żuły z przejęciem obrok, a ciemięgi-poganiacze zwierzali się z nowinek zasłyszanych po drodze. Wszystko to rozśpiewało i rozkołysało serce Kima.