— Ale gdy się skończy ten śpiew i te pląsy — mawiał Mahbub Ali — wtedy przyjdzie sahib-pułkownik... a to będzie mniej miłe!

— Jakiż czarowny kraj... przepięknym krajem jest Hind (Indie)... a kraj Pięciu Rzek (Pendżab) jest nade wszystko uroczy — mówił Kim półśpiewem. — Do niego powrócę, jeżeli pułkownik zechce przeciwko mnie choć palcem ruszyć... Gdy raz drapnę, któż mnie odnajdzie? Spojrzyj, Hadżi, czy tamto miasto, to Simla? Allach! Co za miasto!

— Ojciec mego brata (a był on starcem, gdy studnia sahiba Mackersona była nowością w Peshawar) pamiętał te czasy, gdy stały tu zaledwie dwa domy.

Poprowadził tabun poniżej głównego gościńca na dolny rynek simlański — w tę rojną królikarnię, co spiętrza się pod kątem 45° od doliny aż popod sam ratusz. Człek, co zna tutejsze przejścia i kryjówki, może drwić sobie z całego korpusu policyjnego letniej stolicy Indii; tak sprytnie tu połączono werandę z werandą, chodnik z chodnikiem, furtkę z furtką. Tu mieszkają ci, którzy zaspokajają potrzeby tego wesołego miasta: dżampanisowie (najemnicy), którzy w późną noc popychają riksze112 pięknych dam i prowadzą szulerkę aż do świtu; korzennicy, olejarze, handlarze osobliwości, dostawcy drew, kapłani, rzezimieszki i tubylczy urzędnicy państwowi; tu gamratki plotkują o rzeczach, które uważa się za najgłębsze tajemnice przybocznej rady namiestnika Indii; tam też zbierają się wszyscy tajni ajenci z połowy państewek udzielnych. Również i Mahbub Ali tutaj właśnie, w domu mahometańskiego handlarza bydła, wynajął pokój, zaryglowany o wiele bezpieczniej niż jego komora w Lahorze. Było snadź tutaj i miejsce cudów, gdyż o zmierzchu wszedł tam pacholik-mahometanin, a w godzinę później wyszedł stamtąd młodzik-Euroazjata (farba dana przez dziewkę w Lucknow była istotnie w najlepszym gatunku!) w źle skrojonym ubraniu sklepowego pochodzenia.

— Rozmawiałem z sahibem Creightonem — prawił Mahbub Ali — i ręka przyjaźni po raz wtóry odwróciła bicz plagi. Powiada, że zmarnowałeś zupełnie sześćdziesiąt dni na wagarach, więc już za późno byłoby posyłać cię do jakiej szkółki w górach.

— Mówiłem, że wakacje należą do mnie. Nie potrzebuję chodzić dwa razy do szkoły. To był jeden z mych warunków.

— Pułkownik nic jeszcze nie wie o umowie. Masz zamieszkać w domu sahiba Lurgana, aż przyjdzie pora, że będziesz musiał powrócić do Nucklao.

— Wolałbym z tobą mieszkać, Mahbubie.

— Nie umiesz ocenić zaszczytu. Sahib Lurgan sam ciebie zaprasza. Pójdziesz na górę, a później gościńcem aż na sam szczyt, a tam powinieneś zapomnieć na czas jakiś, że kiedykolwiek widywałeś się lub rozmawiałeś ze mną, Mahbubem Alim, co sprzedaje konie sahibowi Creightonowi, którego też nie znasz. Zapamiętaj sobie to zlecenie.

Kim kiwnął głową.