— Siedemdziesiąt dziewięć, osiemdziesiąt, osiemdziesiąt jeden... — liczył ów człowiek półgłosem, nawlekając perłę za perłą tak szybko, że Kim ledwo potrafił nadążyć wzrokiem za poruszeniami jego palców. Naraz zdjął zielony daszek i przez całe pół godziny wpatrywał się w Kima przenikliwie, a źrenice to mu się rozszerzały, to zwężały do wielkości koniuszka szpilki, jak gdyby naumyślnie. Koło bramy taksalskiej przebywał pewien fakir, który odznaczał się tą samą zdolnością i niemało zarabiał w ten sposób, zwłaszcza gdy rzucał uroki na zabobonne kobiety. Toteż Kim patrzył z zaciekawieniem. Jego przyjaciel wydrwigrosz umiał ponadto strzyc uszami jak kozioł, przeto Kim wielce się zmartwił, że ten nowy znajomek nie potrafi go w tym naśladować.
— Nie bój się! — rzekł nagle pan Lurgan.
— Czemuż bym się miał bać?
— Zanocujesz tu dzisiaj i pozostaniesz u mnie, aż nadejdzie czas powrotu do Nucklao. Taki rozkaz.
— Taki rozkaz — powtórzył Kim. — Ale gdzie mam spać?
— Tu, w tym pokoju — to mówiąc, sahib Lurgan machnął ręką w stronę ścielącego się poza nim mroku.
— Niechże i tak będzie! — odrzekł Kim z zimną krwią. — No i cóż?
Ów skinął nań i wzniósł lampę nad głową. Gdy światło rozlało się wokoło nich, ze ściany wynurzyła się kolekcja masek tybetańskich, używanych w tańcu diabelskim; wisiały one na haftowanych diabłami chustach, co również służyły do owych piekielnych obrzędów. Były tam maski rogate, spoglądające złowrogo lub nacechowane głupkowatym przestrachem. W jednym kącie jakiś wiciędz japoński, strojny zbroją i pióropuszem, zamierzył się na Kima halabardą, a kilkanaście dzid, khandasów i kuttarów odlśniewało pochwiejnym blaskiem. Co jednak zajęło uwagę Kima więcej niż te wszystkie przedmioty (wszak maski do tańców diabelskich widywał już w muzeum lahorskim) — to przelotny widok potulnie patrzącego chłopca Hindusa, który rozstał się z nim w sionce, teraz zaś podwinąwszy nogi siedział pod stołem z perłami, a na rumianych wargach miał nieznaczny uśmiech.
— Zdaje mi się, że sahib Lurgan chce mnie nastraszyć, a ja jestem pewny, że ten diabli pokurcz, co siedzi pod stołem, chciałby zobaczyć mnie w strachu... To miejsce — rzekł głośno — przypomina mi Dom Cudów. Gdzie tu łóżko dla mnie?
Sahib Lurgan wskazał mu kołdrę krajowego wyrobu, leżącą w kącie koło okropnych masek, wziął z sobą lampę i zostawił pokój w ciemności.