— Czy to był sahib Lurgan? — zagadnął Kim, skuliwszy się na ziemi. Nikt nie odpowiedział. Słyszał jednak oddech małego Hindusa; kierując się tym głosem przeczołgał się po podłodze i szturchnął kułakiem w ciemność, krzycząc:
— Odpowiadaj, biesie! Czy to wolno okłamywać sahiba?
Z ciemności (tak mu się przywidziało) doleciał go jakiś chichot. Nie mógł on pochodzić od jego towarzysza; gdyż ten dzieciak o wrażliwym ciałku zanosił się płaczem. Przeto Kim podniósł głos i krzyknął:
— Sahibie Lurganie! Sahibie Lurganie! Czy i to rozkazano, by twój sługa nie rozmawiał ze mną?
— Taki jest rozkaz.
Głos ten wyszedł kędyś spoza niego, aż Kim się wzdrygnął.
— Dobrze, dobrze! Ale pamiętaj — mruczał, odszukując kołdrę — że rano cię obiję. Nie lubię Hindusów.
Niewesoła to była noc. Cały pokój pełen był dziwnych głosów i gędźby. Dwa razy ktoś zbudził Kima, wołając go po imieniu. Za drugim razem Kim puścił się w poszukiwania i skończyło się na tym, że rozbił sobie nos na jakiejś skrzynce, która mówiła nieomylnie ludzkim językiem, ale zgoła nieludzkim akcentem. Zdawało się, że kończyła się blaszaną trąbą i łączyła się drutami z mniejszą skrzynką na podłodze — tyle przynajmniej zdołał wyczuć po omacku. Z tej to trąbki wychodził głos jakiś, bardzo chrapliwy i bzykliwy. Kim roztarł sobie nos i wpadł w pasję, wyrażając w duchu swe myśli, jak zwykle, po hindusku.
„To mogłoby być dobre dla dziada jarmarcznego, ale... ja jestem sahibem i synem sahiba, a ponadto, co znaczy jeszcze dwa razy więcej, jestem uczniem z Nucklao. Tak! — (tu jął myśleć po angielsku) — wychowankiem zakładu św. Ksawerego! A niechże diabli odejmą ślipia panu Lurganowi! To jakaś maszyneria jak w maszynie do szycia. O, to za wielka poufałość z jego strony... My lucknowiacy nie boimy się znowu byle czego... Nie! — A potem dla odmiany po hindusku — Ale cóż on na tym zyska? On jest sobie zwykłym kupcem... ja jestem w jego sklepie. Ale sahib Creighton wydał rozkaz, by to czynić. Ale jakże ja wytłukę rano tego Hindusa! Cóż to takiego?”
Skrzynka opatrzona trąbą właśnie wyrzucała z siebie serię najwyszukańszych obelg, jakie zdarzyło się Kimowi kiedykolwiek słyszeć, i to głosem tak stanowczym, że chłopakowi zjeżyły się na chwilę krótkie włosy nad karkiem. Gdy owa nikczemna istota nabierała tchu, Kima uspokoiło znowu ciche turkotanie, przypominające maszynę do szycia.