— To wszystko fatałaszki! — mówił gospodarz, idąc za spojrzeniem Kima. — Kupuję je, bo są ładne, a czasem je sprzedaję... jeżeli mi się podoba wygląd nabywcy. Moja robota leży na stole... przynajmniej jej cząstka.

Tam w świetle poranka grały przeróżne blaski czerwone, niebieskie i zielone, tu i owdzie przetykane skażonym siwym blaskiem diamentu. Kim wytrzeszczył oczy.

— O, te kamienie mają się zupełnie dobrze. Nie szkodzi im, gdy się je wystawia na słońce. Zresztą są tanie. Ale zgoła inaczej bywa z kamieniami chorymi. — Tu nałoży znów Kimowi jadła na talerz. — Nikt prócz mnie nie umie leczyć chorych pereł i przywracać błękitną barwę turkusom. Zgadzam się na opale... byle dureń umie leczyć opale... ale chorą perłę tylko ja umiem ożywić. Przypuśćmy, że miałbym umrzeć! Wtedy nie byłoby nikogo... Ach, nie! Ty nie znasz się na kamieniach. Zupełnie wystarczy, jeżeli kiedy dowiesz się coś niecoś o turkusie...

Udał się na koniec werandy, by pod filtrem napełnić wodą ciężki, porowaty dzbanek gliniany.

— Chce ci się pić?

Kim kiwnął głową. Sahib Lurgan podszedłszy na piętnaście kroków położył rękę na kruży. W jednej chwili naczynie stało tuż przy łokciu Kima, napełnione wodą aż na pół cala od brzegu, a tylko mała zmarszczka na białym obrusie wskazywała, którędy się przesunęło.

— U-ach! — ozwał się Kim w niezmiernym podziwie. — To sztuczki czarodziejskie!

Uśmiech sahiba Lurgana świadczył, że komplement był dobrze przyjęty.

— Odrzuć je.

— Rozbije się.