— Odrzuć, mówię.
Kim odepchnął je na chybił trafił. Zleciało i roztrzaskało się na pięćdziesiąt odłamków, a woda jęła przeciekać przez tarcice w podłodze werandy.
— Powiedziałem, że się rozbije.
— Mniejsza o to. Przypatrz się temu... przypatrz się największemu odłamkowi.
Ów leżał na podłodze, iskrząc się niby gwiazda od wody zawartej w jego zagłębieniu. Kim patrzył z uwagą. Sahib Lurgan złożył mu z lekka dłoń swą na karku, pogłaskał go kilkakrotnie i szepnął:
— Patrz, kruża znów odżyje po kawałku. Najpierw wielki okruch złączy się z dwoma drugimi po prawej i lewej stronie... po prawej i lewej stronie. Patrz!
Nawet gdyby szło teraz o życie, Kim nie potrafiłby odwrócić głowy. Lekkie dotknięcie trzymało go jakby w imadle, a krew tętniła w nim oszałamiająco i przyjemnie. Tam, gdzie leżały trzy okruchy, była już jedna skorupa, a ponad nią mglisty zarys całego naczynia. Mógł widzieć przezeń całą werandę, lecz z każdym uderzeniem tętna majak gęstniał i ciemniał. Przecież kruża — jakże wolno snuły się myśli! — kruża została strzaskana tuż przed jego oczyma... Nowa fala piekącego ognia przebiegła mu kark, gdy sahib Lurgan poruszył ręką.
— Patrz! Oto dzban odzyskuje dawną postać! — ozwał się sahib Lurgan.
Dotychczas Kim myślał po hindusku, lecz napadł go nagły dreszcz... i myśl jego, z wysiłkiem pływaka, co opadnięty przez żarłacze wyskakuje na wpół z wody, próbowała wydrzeć się z zalewającego ją mroku i znalazła wybawienie — w angielskiej tabliczce mnożenia!
— Patrz! Oto odzyskuje kształt! — szepnął sahib Lurgan.