Dzban był pogruchotany — tak! pogruchotany — (Kim wyraził to angielskim słowem smashed, nie myśląc dobierać odpowiedniego wyrazu z języka krajowego) — ależ pogruchotany! — na pięćdziesiąt kawałków... a dwa razy trzy było sześć, trzy razy trzy dziewięć, a cztery razy trzy dwanaście.

Uchwycił się rozpaczliwie tego powtarzania i oto widmowy zarys dzbana rozwiał się jak mgła, skoro Kim przetarł oczy. Oto leżały potłuczone czerepy; oto rozchlapana woda wysychała w słońcu, przez szczeliny werandy widać było, niby pręgowaną, białą ścianę domu u podnóża... a trzy razy dwanaście wyniosło trzydzieści sześć!

— Patrz! Czy odzyskuje kształt? — zapytał sahib Lurgan.

— Ależ dzban jest naprawdę pogruchotany... pogruchotany! — ziewnął Kim, bo sahib Lurgan przez ostatnie pół minuty mruczał coś z cicha. Chłopak odwrócił głowę. — Popatrz! Dekho! Jest wszystko tak, jak było.

— Jest tak, jak było — przemówił Lurgan, przypatrując się uważnie chłopakowi, który tymczasem rozcierał sobie kark. — Ale ty jesteś pierwszy, który to widzi.

Obtarł szerokie czoło.

— Czy to była też sztuka czarnoksięska? — zapytał podejrzliwie Kim. Szum ustał mu w żyłach; czuł się niezwykle rześki.

— Nie, to nie było czarodziejstwo. Chciałem tylko zobaczyć, czy nie ma... skazy w pewnym kamieniu. Czasem bardzo piękne kamienie rozlecą się w kawałki, gdy weźmie je w rękę człowiek, co zna się na tym. Dlatego też trzeba być ostrożnym, zanim się je oprawi. Powiedz mi, czyś widział kształt tego naczynia?

— Przez krótką chwilę. Zaczął wyrastać niby kwiat z ziemi.

— A wtedy co robiłeś? To znaczy, coś myślał?